MegaBaza edukacyjna Perspektywy®






Najtrudniej jest nakłonić studentów do tego, żeby mieli włączone kamerki.
Zasłaniają się tysiącem różnych wymówek, a to że połączenie słabe, a to że mają bałagan w pokoju.
A dla mnie absolutnie kluczowe w tym wszystkim jest zobaczenie ich twarzy.

Jak e-nauczanie zmieniło życie wykładowców? Dr hab. Rafał Mrówka, profesor Katedry Teorii Zarządzania i kierownik programu Executive MBA Szkoły Głównej Handlowej opowiada, jak wygląda dzień belfra i co najbardziej docenia w zajęciach online.

Zwykle wychodzi Pan rano na uczelnię. Jak zaczyna Pan dzień teraz, kiedy zajęcia odbywają się zdalnie?

Bardzo różnie. Najczęściej odbywam różnego rodzaju spotkania na platformie e-learningowej.

Od samego rana?

Oczywiście od rana nieco się rozkręcam (śmiech). Najpierw przejrzenie prasy, skrzynki mailowej, a potem na spokojnie pierwsze spotkania, wykłady. Wszystko zależy od dnia.

A Pana miejsce pracy? Miał Pan gotowe domowe biuro, czy musiał Pan wydzielić nową przestrzeń?

Ja zawsze trochę pracowałem z domu, więc u mnie nie ma wielkiej różnicy. Mam swój gabinet, w którym zawsze pisałem artykuły naukowe, wykonywałem pracę koncepcyjną, etc. W tej chwili staram się trochę przemieszczać po domu, po ogrodzie, więc zależnie od typu spotkania prowadzę je z różnych miejsc.

Czyli nie odczuł Pan zmiany?

Do tej pory pracowałem zdalnie, ale w nieco innej formie. Nigdy nie prowadziłem telekonferencji czy zajęć online, natomiast jeżeli jako pracę zdalną policzymy to, że ja pracuję w jednym miejscu, a mój zespół w innym i stale jestem dostępny na mailu czy komunikatorze, to tu się specjalnie nic nie zmieniło. Zmieniło się głównie to, że większość dotychczasowych spotkań fizycznych, nawet różnego rodzaju komisji, odbywa się obecnie online.

Wielu wykładowców i nauczycieli narzeka, że przez pracę zdalną pracuje więcej niż dotychczas.

Wydaje mi się, że w ogóle praca zdalna powoduje, że odczuwamy jej trochę więcej, bo życie prywatne i zawodowe odbywa się w jednym miejscu. Nie ma sztywnych godzin, jasnego podziału work/life. Z drugiej strony możemy sobie w niemal dowolnym momencie pozwolić na przerwę, na zjedzenie obiadu, na załatwienie jakiejś sprawy w domu, zajęcie się dziećmi, które też nie chodzą do szkoły. Jest więc dużo większa elastyczność.

I jak Pan sobie z tym radzi, żeby nie spędzać całego dnia w pracy, a jednocześnie być dostępnym?

To kwestia przyzwyczajenia, nastawienia i ja chyba nigdy nie miałem z tym większego problemu. Zawsze pracowałem w taki sposób, że byłem raczej dostępny, tzn. jeśli nie mam włączonego komputera, to zawsze mam przy sobie telefon ze wszystkimi możliwymi narzędziami komunikacji. Zawsze się śmiałem ze studentami, że na ich maile odpisuję w ciągu 5 minut. To taki mój specyficzny styl pracy. Często zdarza mi się kończyć coś w weekendy i wieczorami, choć oczywiście nie jakoś intensywnie. Za to mogę sobie pozwolić na przerwę w dowolnym momencie. Także odpowiadając na pytanie – od strony stylu pracy i technologii byłem gotowy na tę zmianę od początku.

Z drugiej strony obserwuję moją małżonkę, która obecnie również pracuje głównie zdalnie i widzę, że takie łączenie obu porządków przychodzi jej z większym trudem. W jej przypadku taki podział wymaga dużo większej determinacji i oswojenia się z nową sytuacją.

Mówi Pan, że był gotowy na zdalny styl pracy, ale z kolei nigdy nie prowadził Pan wykładów online. Na co nie był Pan gotowy? Czym zaskoczyło Pana e-nauczanie?

Przede wszystkim nie byłem gotowy na zdalne prowadzenie wykładów, mimo że po tych kilku tygodniach feedback od studentów mam bardzo pozytywny. Ale pamiętam ostatni dzień na uczelni przed wprowadzeniem lockoutu. Mówiono wtedy, że uczelnie są gotowe do przejścia na nauczanie zdalne w ciągu jednej doby. Szczerze – w pierwszym odruchu skwitowaliśmy to wymownym uśmiechem, bo w takiej skali wydawało się to niemożliwe. A w praktyce? Przed ten czas tylko raz jeden zdarzyło mi się odwołać zajęcia, bo czułem braki w technicznym przygotowaniu do obsługi tych nowych narzędzi. Było to na samym początku. Od tego czasu zajęcia odbywają się w pełni normalnie i nawet nie musiałem specjalnie zmieniać programu nauczania do nowych warunków.

To co mnie chyba najbardziej zaskoczyło, to to jak szybko się przystosowaliśmy. Może nie był to jeden dzień, jak dość optymistycznie wieszczono, ale kiedy okazało się, jak proste są narzędzia do obsługi całej platformy i jakie dają możliwości, przejście na zdalne nauczanie okazało się w dużym stopniu naturalne.

Jak teraz wyglądają Pana zajęcia? Co się najbardziej zmieniło względem spotkań na sali wykładowej?

Wyglądają bardzo podobnie jak do tej pory. Są elementy, gdzie ja robię interaktywny wykład, załączam filmy, które studenci widzą na swoich ekranach. Zwykle po takiej części zaczyna się dyskusja i wymiana poglądów. Tyle tylko, że teraz toczy się ona równolegle – trochę na czacie tekstowym, trochę głosowo. Udaje mi się również pracować ze studentami w grupach, gdzie są oni przypisani do poszczególnych case’ów. Potem przychodzą do mnie z materiałami, prezentacjami, i to się zmienia kilka razy w trakcie zajęć. Jest to dynamiczna praca. Ale robiliśmy też zajęcia na Teamsach, które polegały na nagrywaniu scenek i odtwarzaniu tych nagrań. Nie wszystko, ale wiele jest możliwe do zrealizowania dzięki tej właśnie technologii. Wiele z tego dotychczas nie mogło się odbyć fizycznie na sali wykładowej. Świetnie pracuje się też w małych grupach. Ja mam to szczęście, że moje grupy nie są strasznie rozbudowane, dzięki czemu udaje się utrzymać interakcję.

I jak studenci reagują na taką formę zajęć? Widzi Pan jakieś zmiany w ich zachowaniu?

Czy to są jakieś przełomowe zmiany – tego nie wiem. Jak zwykle studenci dzielą się na tych, którzy są zaangażowani i chętni do kooperacji bez względu na formę komunikacji – i tych właśnie z tzw. zielonym statusem „dostępny” jest zawsze pełno i uwielbiam z nimi pracować. Ale są też tacy, którzy są bardziej zamknięci, cisi. A w kontakcie zdalnym ich dodatkowo najzwyczajniej w świecie nie widać, są po drugiej stronie ekranu. Przyznam, że trzeba się trochę napocić, by uzyskać od nich jakąś reakcję. A najtrudniej jest nakłonić studentów do tego, żeby mieli włączone kamerki (śmiech).

A podają konkretne powody?

Zasłaniają się tysiącem różnych wymówek; a to że połączenie słabe, a to że mają bałagan w pokoju (chociaż tego nie mówią zwykle wprost). Trochę ich oczywiście rozumiem, bo domowa kamera to jednak quasi-publiczne wchodzenie do ich prywatnej przestrzeni. Ale z kolei z mojej perspektywy absolutnie kluczowe w tym wszystkim jest zobaczenie ich twarzy, jako forma najbliższa tej fizycznej.

A nie ma problemu z frekwencją studentów na wykładach?

Tutaj o dziwo mam dokładnie odwrotną sytuację.

Naprawdę?

Na moich zajęciach frekwencja zwykle i tak była duża, w granicach 70-80 proc., ale w tej chwili na większości zajęć mam między 90 a 100 proc. obecności. Są zajęcia, na których obecni są absolutnie wszyscy.

Z czego to może wynikać?

Wcześniej, żeby przyjść na uczelnię, wielu studentów musiało wybierać między studiami a pracą. Mam wielu studentów, którzy równolegle pracują i studiują, a w tej chwili nie ma tego dylematu – ustawiają dzień tak, żeby móc się zjawić na zajęciach. I rzeczywiście, nie tylko pojawiają się na platformie e-learningowej, ale są faktycznie aktywni.

W trakcie wykładów zadaję dużo pytań, przeprowadzam ankiety, jest wiele momentów, w których studenci muszą coś kliknąć, coś zaznaczyć –  i te reakcje są i to na poziomie 90-95 proc.

Udaje się Panu utrzymać stałe godziny wykładów, czy może przez zdalne nauczanie wszystko się poprzestawiało?

Wręcz przeciwnie, dzięki zdalnemu nauczaniu trzymam się planu nawet bardziej, niż udawało się to na zajęciach w auli. Pewnie każdy wykładowca zna ten scenariusz, w którym studenci schodzą się nawet kilkanaście minut po rozpoczęciu zajęć, i ja zwykle wolałem poczekać aż wszyscy się zejdą niż zaczynać i mieć ciągle wchodzących do sali studentów. Skutkowało to tym, że zajęcia zwykle przedłużały się odrobinę, bo nie wyrabiałem się z przerobieniem materiału. W tej chwili jest tak, że zaczynam w momencie, w którym powinienem zacząć i najczęściej udaje mi się o czasie skończyć.

Przedstawiciele uczelni mówią, że największym wyzwaniem w e-nauczaniu są egzaminy i ocena wiedzy studentów na odległość. Zgadza się Pan z tym twierdzeniem?

Tu znowuż mam szczęście, bo ja nigdy nie prowadziłem przedmiotów, w których tradycyjna forma zaliczania była dominującą. Zwykle zadawałem prace do zrobienia, prezentacje, oceniałem za aktywność – to wszystko można robić w dalszym ciągu i to wszystko się dzieje, moi studenci nadal robią prezentacje na zajęciach. Z tym nie ma problemu. Wyzwanie pojawia się tam, gdzie w grę wchodzą egzaminy tradycyjne. Tutaj widzę trzy metody i każdą z nich będę wykorzystywał wśród swoich grup studentów.

Pierwsza metoda to zaufanie do studentów. Umawiamy się, dostają pytania, piszą egzamin i ja ufam, że nie ściągają. Oczywiście z częścią to zadziała, z częścią nie do końca.

Druga metoda to skorzystanie z naszego wewnętrznego systemu na SGH, gdzie studenci losują z bazy pytań testowych – otrzymują pytania w czasie rzeczywistym, więc nie mają czasu ściągać i przepisać od kogoś innego.

Trzecia forma i chyba najlepsza forma to egzamin ustny, w takiej formie mogę bez problemu przeprowadzić zaliczenie. Jest to natomiast metoda, która zadziała tylko wtedy, gdy mam 20-30 studentów, a nie wtedy, gdy mam tych studentów 300.

Pana zdaniem, czy to narzędzia do e-nauczania powinny się dostosować i oferować więcej możliwości sprawdzania wiedzy, czy może potrzebna jest zmiana metod egzaminowania i dostosowania ich do wymogów e-learningu?

Ja myślę, że jedno i drugie. Pojawiają się już pierwsze programy, które badają zachowanie człowieka siedzącego po drugiej stronie monitora, choć to jeszcze odległa przyszłość. Takie możliwości techniczne jednak są.

Osobiście od lat mocno różnicuję formy zaliczania. To jest coś, co powinno być standardem. Oczywiście wiele zależy od przedmiotu; wyobrażam sobie, że są takie przedmioty, gdzie chodzi o to, żeby studenci nauczyli się pewnych regułek i definicji, a są takie przedmioty, gdzie nie ma to żadnego znaczenia, bo mają się nauczyć kreatywności i abstrakcyjnego myślenia. I tutaj nie tyle potrzebna jest baza wiedzy, co umiejętność zastosowania tej wiedzy. Nie ma więc znaczenia, czy robią to pod nadzorem wykładowcy czy też nie.

A czy zauważył Pan jakąś zmianę w osiąganych przez studentów rezultatach? Część wykładowców wskazuje na ciekawą zależność – mniej studentów osiąga wyniki przeciętne, za to znacznie więcej osiąga wyniki skrajnie dobre lub skrajnie słabe. Widzi Pan tę polaryzację na swoich zajęciach?

Jest chyba za wcześnie, bym mógł to ocenić. Obserwując zachowania studentów myślę jednak, że ta diagnoza jest bardzo prawdopodobna. Jest to zresztą spójne z tym co mówiłem wcześniej, że wielu jest studentów, których w ogóle na wykładach nie widać, którzy są bardzo cisi, którzy nie do końca mają tę śmiałość, by się wypowiedzieć do kamery komputera. Są jednak również tacy, którzy są bardzo aktywni; na niektórych zajęciach, 4-5 twarzy non stop pojawia mi się w aktywnych okienkach komunikatora. Z pozostałymi bywa jednak trudno. Podobnie jak z aktywnością, tak i z ocenami: wszystko zależy od motywacji studentów.

Tak po ludzku: podoba się Panu nauczanie zdalne, czy może czeka Pan z utęsknieniem na otwarcie uczelni?

Bardzo czekam na otwarcie uczelni, ja uwielbiam kontakt ze studentami. Uwielbiam kontakt face to face. Przy czym rzeczywiście coś się zmieniło w moim postrzeganiu. Tak jak wcześniej sobie kompletnie nie wyobrażałem, że można prowadzić interaktywnie zajęcia przez Internet, w tej chwili sobie to wyobrażam. Wyobrażam sobie również to, że będzie tego więcej w kolejnych miesiącach i latach. Czuję się bardziej przekonany do takiej formy blended, mieszanej, gdzie część zajęć odbywa się fizycznie w sali wykładowej, a część zdalnie przez komunikator. Dostrzegam wartość tego, że mogę poprowadzić zajęcia jadąc gdzieś w świat, nie muszę szukać zastępstwa ani odwoływać zajęć, tylko mogę je poprowadzić zdalnie. To się pewnie będzie działo od czasu do czasu.

Na pewno czekam jednak na fizyczny kontakt ze studentami, bo ta frajda bycia na sali wykładowej, obserwowania ich reakcji, inspirowania ich – tego się nie da zastąpić.

Trudno to przełożyć na komunikację online…

Na studiach MBA dokończyliśmy właśnie zdalnie kurs, który był rozpoczęty wcześniej w fizycznej formie. I perspektywa jest taka, że jeśli grupa się wcześniej poznała i między członkami jest interakcja, to bardzo łatwo takie zajęcia dokończyć w formie e-learningowej. To nie jest problem. Taka forma, gdzie jest część zajęć fizycznych, a potem część zajęć zdalnych świetnie się sprawdza.

Czy takie hybrydowe nauczanie ma szansę pozostać na uczelni na dłużej?

Na pewno nauczyliśmy się organizować i uczyć w ten sposób. Edukacja online już nas tak nie przeraża. Ani nas jako wykładowców, ani studentów. I popularność takich form będzie rosnąć, tak jak rozwijać się będą narzędzia do prowadzenia tego typu dydaktyki. Z drugiej strony jednak nie wyobrażam sobie przejścia na całkowicie zdalne nauczanie w 100 procentach, bo spotkania z ludźmi, ten kontakt bezpośredni jest ogromną wartością.

Chodzi tylko o interakcje międzyludzkie, czy może o inne aspekty?

Chodzi przede wszystkim o interakcje, ale również o pracę w grupie. Podyskutować w grupie można, ale czy można na przykład cokolwiek skonstruować? Czy można stworzyć coś fizycznego? Tu już jest problem, na który rozwój technologiczny jeszcze nie pozwala. Przynajmniej na tę chwilę.

Prowadzę kilka takich zajęć, które wymagają tego, by ludzie spotkali się w grupie i zaczęli wspólnie eksperymentować. Tych zajęć nie da się poprowadzić online.

Frekwencja na naszych webinarach jest fantastyczna – 200-300 proc. większa niż była przed zamknięciem uczelni. Rzecz polega jednak na tym, że owszem – dopóki mówi wykładowca, taki webinar jest super, to jest efektywne, ciekawe. To jest fantastyczne, że w webinarze mogą wziąć ludzie z całej Polski a nawet ze Świata. Normalnie nie byłoby to możliwe. Ale potem przychodzi taki moment, kiedy wykładowca przestaje mówić. Kończy się formalna, zorganizowana część. I normalnie studenci wyszliby z sali wykładowej i przy kawie czy ciastku zaczęliby się ze sobą troszeczkę integrować. I tego aspektu nie da się oddać w rzeczywistości online.

A co najbardziej polubił Pan w nauczaniu zdalnym, a co najbardziej Pana w e-learningu irytuje?

To, czego nie lubię, to zdecydowanie ograniczony kontakt z odbiorcą i to, że zwykle nie widzę reakcji drugiej strony. W takiej sytuacji nie do końca wiem, czy ktokolwiek mnie słucha, nie wiem jak studenci reagują. Czy jak opowiadam dowcip, to czy ktokolwiek się uśmiechnie (śmiech).

Z kolei najbardziej lubię to, że wykorzystuję czas maksymalnie efektywnie. Nie tracę czasu na dojeżdżanie na zajęcia, na przerwę, której akurat nie potrzebuję. W tej chwili pracuję w jednym miejscu, w domu, gdzie w ciągu np. 20 minut przerwy mogę zrobić coś innego, co jest dla mnie ważne. I strasznie to lubię. Lubię też to, że paradoksalnie mogę być w wielu miejscach na świecie jednocześnie; nigdy nie uczestniczyłem w tak wielu międzynarodowych seminariach jak w ciągu ostatnich dwóch miesięcy. To jest rewelacyjne.

© 2019 Perspektywy.pl    O nas | Patronaty | Polityka Prywatności | Znak jakości | Reklama | Kontakt