Smarzowski pokazuje degrengoladę. Tworzy panoramę polskiego picia. Ksiądz, inteligent, kierowca tira, bezrobotna kobieta tułająca się w Polsce. Upadek zawsze wygląda tak samo. Kiedy po wielodniowym ciągu bohaterowie budzą się w rowie w delirycznym widzie, nie różnią się od siebie niczym. I wciąż powtarzają te same błędy. Postawiliśmy pana na nogi, gdzie pan teraz, kurwa, pojedzie? – mówi kierownik oddziału szpitalnego do Jerzego. A Jerzy wsiada do taksówki i jedzie do tytułowej knajpy.
To film o bezsilności. O pułapce inteligenta, który znajduje kolejne powody, by usprawiedliwić się w swoich oczach. Rozumie, co się z nim dzieje, ale nie potrafi powiedzieć sobie stop. Wpadając w otchłań nałogu ciągnie ze sobą bliskich. I wszystkich ze swojego otoczenia. Jak zawsze u Wojciecha Smarzowskiego, w Pod mocnym aniołem piekielnie dużo włożyli aktorzy. Zaufani, wieloletni współpracownicy reżysera: Robert Więckiewicz, Marcin Dorociński, Kinga Preis, Marian Dziędziel, Arkadiusz Jakubik.
Alkohol jest polską plagą. Z kolei Martin Scorsese punktuje największe uzależnienie Ameryki. Chciwość. Chorobliwą żądzę posiadania, ale też dominowania, wywyższania się. Poczucie bezkarności, jakie pozornie dają pieniądze.
To rewers amerykańskiego snu. Wilk z Wall Street oparty jest na prawdziwej historii oszusta, Jordana Belforta. Zaczął od groszowych akcji spoza Wall Street. Ale z czasem stawki zaczęły rosnąć. Drwił ze swoich klientów. Kłamał, łgał, naciągał, oszukiwał. Aby tylko ktoś zainwestował, często jedyne oszczędności, w niepewny interes. Bohater swoją komisję dostawał od transakcji.
Scorsese portretuje dorobkiewicza. Człowieka, który nagle, bez skrupułów, sięga po miliony dolarów. I chce coraz więcej. Umiejętnie gra z amerykańską naiwnością. Buduje imperium, rzuca się w wir alkoholu, płatnego seksu, kokainy. Dzikich orgii w luksusowych rezydencjach, narkotycznych wypraw ekskluzywnymi jachtami. Kupuje pogardę dla innych ludzi i przekonanie, że może sobie pozwolić na wszystko.
Nowojorski reżyser pokazuje miałkość biznesowych gigantów i ich przeraźliwą arogancję. Ale również pustkę tego świata, iluzoryczność przyjaźni. Łatwość, z jaką człowiek zostaje samotny, kiedy podwinie mu się noga.
Podobnie, jak Smarzowski, Scorsese nie lubi zmieniać współpracowników. To kolejny jego film z Leonardo DiCaprio w roli głównej. Aktor jest świetny jako tytułowy Wilk.... Jednocześnie demoniczny i prymitywny, atrakcyjny i odstręczający, szarmancki i prostacki. Wciela się w Nikodema Dyzmę dzisiejszych USA. Faceta, który będąc moralnym zerem, ma nos – potrafi zrozumieć system i umiejętnie nim manipulować.
Wielokrotnie reżyser puszcza oko do widza i nawiązuje do najsłynniejszego filmu o maklerach – Wall Street. Ale w obrazie z 1987 roku Oliver Stone proponował chłodną analizę świata finansjery. Scorsese robi satyrę. Gag goni tu gag, a przerażenie przykrywa śmiech. Momentami zbyt płytki, ciągnie za długi film w stronę sloganowego manifestu. Ale wciąż, jest to manifest aktualny i istotny. Zwłaszcza dzisiaj, kiedy w dobie kryzysu cały świat próbuje wyleczyć się z kaca świata finansjery.
Oba te filmy są w gruncie rzeczy obrazami ludzkiej słabości. Zagubienia. Chwili, kiedy życiem bohaterów zaczyna rządzić nałóg. Inny nałóg. Ale ta różnica między amerykańskimi i polskimi żądzami też jest ciekawa.


