Podobno na piłce nożnej znają się wszyscy. I choć jako typowa kobieta wciąż nie wiem, o co chodzi z tym spalonym, to jednak kojarzę np., że drużyna piłkarska nazywana jest jedenastką z uwagi na liczbę zawodników. I to każe mi sądzić, że na piłce nożnej znam się jak wszyscy, czyli całkiem dobrze.
Z kojarzeniem w ogóle jest u mnie nieźle, więc jedenastka kopaczy od razu kojarzy mi się z inną jedenastką, czyli z liczbą dni, które według Ministerstwa Edukacji i Nauki wstrząsnęły (skopały go!) systemem polskiej edukacji na tyle, że trzeba o nich mówić na każdej konferencji prasowej, a tych od wakacji nie brakuje, by wskazać, co i kto tak naprawdę stoi za brakami w wiedzy polskich uczniów. Mowa oczywiście o strajku nauczycieli z 2019 r., który - odliczając ferie wielkanocne - trwał właśnie całe jedenaście dni. Zatem furda pandemiczna rzeczywistość, furda niedogodności (mało powiedziane!) edukacji zdalnej, furda brak systemu/platformy do nauczania zdalnego czy niedopracowane przepisy i mgliste zapewnienia o trwających konsultacjach w sprawie redukowania wymaganych na egzaminach treści – każda okazja jest dobra, by podkreślić, że źródłem problemów polskiej szkoły i polskich uczniów, zwłaszcza tych, którzy w 2021 r. będą zdawać egzamin ósmoklasisty i egzaminy maturalne, są tak naprawdę sami nauczyciele i ich strajk z 2019 r. I teraz MEiN musi dołożyć starań, by właśnie - uwaga! - wyrównać szanse dzieci poszkodowanych przez… strajk nauczycieli.
I tak jak do wycierania ust służy serwetka, tak dla kierownictwa MEiN ostatnio najlepiej w tej funkcji sprawdza się nauczycielska nieodpowiedzialność. Tę „prawdę” o „rzeczywistym” winowajcy trzeba powtórzyć wiele razy (zaczął min. Dariusz Piontkowski przy okazji sierpniowej konferencji podsumowującej wyniki matury 2020), a wtedy stanie się „prawdziwą prawdą” (skądś to Państwo kojarzą? jakąś historię i jakiegoś „mistrza” propagandy to Państwu przypomina?) i odwróci społeczną uwagę od nie całkiem w końcu czystego oblicza polskiej oświaty i nie całkiem bezwinnych decydentów, których dziwnym trafem chyba niespecjalnie interesują rzeczywiste problemy polskiej szkoły i polskich uczniów.
A o tym, że to oblicze nie jest czyste, najlepiej świadczą ostatnie informacje, choćby te przekazane na konferencji prasowej w czwartek, 19 listopada. Będą redukowane (aż o 20-30 proc.!) treści wymagane w czasie egzaminów w 2021 r. – egzaminu ósmoklasisty i egzaminów maturalnych.
Jak to w praktyce wygląda? MEiN dało siedem (! ach, te liczby!) dni nauczycielom na przesyłanie sugestii dotyczących „incydentalnych” (słowo podkreślone po wielokroć, chyba po to, by dowieść, że w MEiN obiegową lekturą stał się ostatnio słownik wyrazów obcych i w drodze do literki M – mizoginizm – zahaczono o literkę I) redukcji zagadnień (np. zmian w liście lektur obowiązkowych) do tegorocznych egzaminów. Na forach nauczycielskich na Facebooku oczywiście zawrzało. Od głosów rozpaczy („jestem załamana”) wyrażanych m.in. przez bibliotekarki, które np. całkiem niedawno uzupełniały szkolne zbiory o najbardziej aktualne repetytoria i lektury z list ministerialnych, po głosy bezsilnej już złości (by nie rzec więcej) w rodzaju „kolejna gra pozorów”. Były też całkiem jasno wyłuszczone konkrety. Na przykład w przypadku wymagań na egzamin maturalny z matematyki dokładnie przeanalizowali to Nauczyciele matematyki (polecam stronę na Facebooku). Wykazali m.in., że MEiN proponuje redukcję treści, które na egzaminie maturalnym z matematyki przez ostatnich 5 lat… nie były przedmiotem żadnych zadań! Co jednak ważniejsze – wykazali, że skoro zamiast 50 punktów na maturze z matematyki będzie można zdobyć tylko 45, to próg punktowy zdawalności wyniesie w 2021 r. 31,1 proc. (w praktyce nie przyznaje się połówkowych punktów), a nie 30 proc. A co z faktem, że „zabranie” 5 punktów z możliwych do zdobycia na egzaminie zmieni proporcje przy ocenie całego egzaminu w razie popełnienia błędów (dla jasności: 1/50 to mniejsza część całości niż 1/45)? Czy to według MEiN stanowi problem? Jeśli coś nie jest problemem MEiN (a może być problemem ambitnych uczniów), to… co to za problem?
Dziwnym trafem choć sama na liczbach znam się niespecjalnie (jestem z rocznika, który na maturze nie musiał zdawać matematyki), to właśnie liczby sponsorują ten tekst. Wielu z nich jeszcze nie wymieniłam – jak np. liczby dni nauki zdalnej (sumując oba lata, ale nie licząc wakacji i ferii świątecznych, do końca grudnia przekroczymy „okrągłe” 150) czy liczba dni niespodziewanych i najbardziej beznadziejnych ze wszystkich „wakacji” śródrocznych, jakie MEiN zarządził w terminie 23 grudnia - 17 stycznia. Jako matka zdającego w 2021 r. egzaminy ucznia bezpośrednio doświadczam młodzieńczej rozpaczy spod znaku „więzienna izolacja” - kto ma dzieci i się ich losem przejmuje, ten wie, że taka wiadomość może być dla młodego człowieka końcem świata. To że od liczb ważniejsi są żywi ludzie po obu stronach belferskiej katedry, ich żywe problemy, ambicje, dążenia, dla MEiN pozostaje chyba wciąż wiedzą nieodkrytą, stąd otwarte pozostaje pytanie, jak te wszystkie żywe dane zmieścić w siedmiu (!) dniach kończących się właśnie dziś (27 listopada) konsultacji społecznych dotyczących egzaminów w 2021 r. Ale czy dyskusja o tym, czy da się rzetelnie w ciągu siedmiu dni opracować – choćby i „incydentalne” – wymagania egzaminacyjne, w dodatku gdy robi się to w listopadzie, a nie np. na rok przed planowanymi egzaminami (np. po to, by mieć plan B), ma jeszcze jakiś sens?
W 1815 r. sto dni Napoleona (od marca do czerwca) doprowadziło ostatecznie cesarza Francuzów do klęski. W 2020 r. czasu było nawet więcej niż sto dni, a jednak klęska polityki MEiN wydaje się już nieuchronna. I tu chyba (ech, ta ciągła potrzeba skojarzeń) w końcu docieram do sensu określenia „pedagogika wstydu”. Tylko że uprawiających ją widzę dziwnym trafem gdzie indziej, niż widzi to MEiN...
Magda Tytuła


