REKLAMA


REKLAMA


REKLAMA


REKLAMA


REKLAMA


REKLAMA


REKLAMA


REKLAMA


Jak tak można? 
Być dobrym i złym jednocześnie.
Nie, to musi być osobno.
Albo być złym.
Albo dobrym.1

Ta książka powstała na przełomie dwóch ustrojów. Autor ukończył pracę nad nią w 1988 roku. Drukiem ukazała się kilka lat później, w 1994, kiedy byliśmy już jedną nogą w dzikim dość (tak to wtedy ocenialiśmy) kapitalizmie, z życiem, w którym nie wszyscy i nie zawsze sobie radziliśmy. Świat pełen był kontrastów. Pewnie sporo z nich miało rodowód znacznie wcześniejszy, ale w PRL niekoniecznie je zauważaliśmy. O tej przejściowej, jak się wtedy niezbyt chyba słusznie wydawało, epoce pisze Tomek (tak się podpisywał) Tryzna. Jej barwy spostrzega oczami trzech bohaterek – tej głównej, Marysi i jej dwóch koleżanek: Kasi i Ewy. Mają po 15 lat, kończą podstawówkę po ośmiu latach nauki; tyle wówczas trwała. Z dziewczynek stają się kobietami. Wchodzą w dorosły świat – dla Marysi, która przyjechała do Wałbrzycha (w nim toczy się akcja książki) z małej, biednej wioski – zupełnie nowy, oszałamiający nieznanymi dotąd atrakcjami.

Marysia przywozi do nowego miejsca cały swój bagaż – typowej prowincjuszki, biednej, zaniedbanej, ukształtowanej w przekonaniu, że życie toczy się w trójkącie: biedny dom, kościół, szkoła, wśród ludzi dokładnie takich samych jak ona, jej rodzice, sąsiedzi. Świat wartości określa utrwalony obyczaj; przekroczenie wyznaczonych przezeń i powszechnie akceptowanych norm karane jest pokutą wyznaczoną przez księdza lub ojcowskim paskiem. Miasto oferuje jej mieszkanie ciasne jak na dzisiejsze standardy, ale z wygodami o jakich mogła tylko śnić, szkołę, w której spotyka nowe koleżanki – istoty jakby z kosmosu, nigdy dotąd nie spotykane. Zadbane, wygadane, charakterne… Dwie spośród nich staną się jej koleżankami, przewodniczkami po ścieżkach nowego, nieznanego, kuszącego odmiennością świata.

W świecie tym trzeba nauczyć się żyć; mieć pieniądze, umieć się ubrać, być skorym do mniej lub bardziej niewinnych figli i zabaw, opanować sztukę epatowania dorosłością zarówno fizyczną, jak i intelektualną. Horyzont tej ostatniej wyznaczają lektury niekoniecznie szkolne, kapitał kulturowy i społeczny wyniesiony z domu, kontakty towarzyskie. Tego wszystkiego Marysia nigdy w nadmiarze nie miała… Dlatego tak zaimponują jej nowe przyjaciółki – inteligentne, obyte towarzysko, zasobne w dobra wszelakie, świadome swoich atutów, pozbawione kompleksów (a przynajmniej potrafiące je dobrze ukryć). Są JAKIEŚ! Wyraziste, pod płaszczykiem dobroci często cyniczne, z żelazną konsekwencją realizują swoje zamierzenia, dążą do wyznaczonych celów. Marysia chce być taka jak one. Dlatego musi się zmienić, stać się kimś zupełnie innym niż dotąd, przedzierzgnąć się jak bajkowy Kopciuszek w księżniczkę. Zarówno fizycznie (nowe ciuchy), jak mentalnie (nowe wartości).

Niełatwe to zadanie. Jak tu na przykład naśladować taką Kasię? Zdawałoby się z natury delikatna, wrażliwa, dobrze ułożona. A tu nagle, podczas lekcji plastyki, odmawia narysowania jastrzębia przyniesionego jako model przez nauczycielkę. I wywrzaskuje:

– A co mnie to wszystko obchodzi. Jaka Kasia, jaka Kasia?! Spierdalajcie ode mnie wszyscy, i to w podskokach!

Bierze torbę, mija nas, bo stoimy przy stoliku we trzy: pani Turska, pani Szot i ja, i zatrzymuje się przy jastrzębiu. Wskazuje go palcem.

– Proszę bardzo – mówi – oto wzór. Stoi grzecznie, gdzie go postawią. Problem tylko w tym, że ma ptasi móżdżek i jest wypchany. Obiecuję paniom, że ja nie dam się wypchać. Nikomu.

Do widzenia.

Wychodzi, trzaskając drzwiami. Panie stoją jak osłupiałe. Ja też. W klasie cicho.

Można by powiedzieć, że to po prostu pokaz chamstwa. Absolutnie niedopuszczalnego, zwłaszcza w szkole, w stosunku do nauczycieli. Ale z drugiej strony ta właśnie sytuacja jest szczególna – przed chwilą Kasia wymierzyła sprawiedliwość koledze, który podstawił nogę Marysi. Rozkwasiła mu nos. Zrobiła to w przekonaniu, że incydent nie powinien być zbagatelizowany i zamieciony pod dywan, jak chciały to uczynić nauczycielki, zgodnie zresztą z obowiązującą tradycją…

Kasia „wychowuje” swoją nową koleżankę konsekwentnie i przy każdej okazji. Mówi o konieczności poznawania prawdy o sobie, szukania odpowiedzi na pytanie, kim się naprawdę jest. Jej „nauki”, mimo że bardzo „życiowe”, wprawiają Marysię w zakłopotanie, często konsternację, stoją bowiem w jaskrawej sprzeczności z całym jej dotychczasowym doświadczeniem. Opowiada na przykład o kierowcy ciężarówki, który nie wie, co wiezie, z jakichś powodów nie może się zatrzymać, więc ryzykując narażenie się na niebezpieczeństwo jedzie po najgorszych wertepach, bo tylko tak, po zachowaniu pojazdu, może się zorientować w charakterze przewożonego ładunku. Gdy Marysia pyta, po co tak się męczyć. Czy nie można po prostu sobie jechać i nie myśleć, co się wiezie? słyszy odpowiedź, że może sobie jechać drogą ubitą kołami innych ciężarówek, najlepiej autostradą, razem z milionami takich samych jak ja, ale że na tej drodze nigdy nie dowiem się, kim naprawdę jestem, i zdechnę tak samo głupia, jak się urodziłam. Niezbyt elegancka to odpowiedź, ale i z niej Kasia potrafi się wytłumaczyć w dalszej części rozmowy:

– Uniosłam się, bo tak bardzo chciałam, żebyś wiedziała to wszystko co ja. To i tak niewiele, ale zawsze coś więcej niż nic. Tylko że musisz zrozumieć, że jeśli chcesz poznać siebie i świat, to nie możesz mieć tylu klapek na oczach.

Jedną z takich klapek jest według Kasi wiara.

– Powiem ci tylko jedno – mówi Kasia. – Jeśli rzeczywiście Bóg jest taki, jakim ty go sobie wyobrażasz, to jak możesz go kochać, jak możesz w niego wierzyć, on zasługuje tylko na wzgardę i nienawiść. To jakiś tyran, mściwy idiota, krwawy psychopata.

I jakby tego było mało dodaje: Traktujesz Boga tak, jakby był małym urzędasem od siódmej do piętnastej, któremu ciągle trzeba wsuwać łapówki do łapy.

– Wcale tak nie myślę, wcale nie daję żadnych łapówek!

– A jak nazwać to twoje latanie do kościoła co tydzień na mszę i odbębnianie wieczornych paciorków? Jak nazwać to zbieranie do kieszonki grzeszków, żeby je wysypać przed księdzem na ladę konfesjonału raz na miesiąc? Jak nazwać to odwalanie dziesięciu zdrowasiek na pokutę, i do widzenia!

– To co mam więcej robić? Ksiądz nie mówił, żeby na mszę przychodzić codziennie! Jakby mówił, tobym chodziła! I co ja na to poradzę, że nigdy mi nie zadał tysiąca zdrowasiek, tylko zawsze dziesięć?...

– To nie ksiądz cię stworzył, to Bóg cię stworzył. Stworzył cię po to, żebyś próbowała dorównać Mu mądrością. A przede wszystkim stworzył cię po to, żebyś była wolna, także od Niego, rozumiesz? Wolna, wolna, wolna! Bo to wolność jest tą modlitwą, która przynosi Bogu największą radość. Módl się do Niego swoją wolnością.

Zacytowane fragmenty znakomicie pokazują, co dzieje się z Marysią w tym całkiem nowym świecie, w którym się znalazła. Otóż Kasia przepisuje jej recepty na całkiem inne życie niż to, do którego przywykła i uznawała przez lata za jedyne możliwe. Czy skorzysta z tych recept? Czy naprawdę uwolni się od przeszłości? Ustanowi wolność swoim credo? Tego nie zdradzę.

W drugiej części powieści Marysia zamieni się w Majkę. To brzmi bardziej światowo. Jej nową przyjaciółką jest teraz Ewa. Wprowadzi ją w świat małomiasteczkowego blichtru, dużych pieniędzy, pierwszych doznań seksualnych, swobody zachowań manifestowanej bez zahamowań i zbędnych skrupułów. W tym świecie wszyscy są na swój sposób szaleni. Ewa o swoich rodzicach i rodzeństwie opowiada tak: U nas w domu każdy ma jakiegoś fioła. Tutu ma swoje interesy dwadzieścia pięć godzin na dobę. Nawet gdy się z Mimi kocha, to na pewno myśli o interesach. Z kolei Mimi nigdy nie ma czasu, ciągle w biegu, ciągle spóźniona o pół minuty. Język na brzuchu, w oczach zegarek. Ma chyba ze trzydzieści zegarków. A ich kupowanie to jej hobby. Naumawia się z ludźmi, potem lata od jednego do drugiego, a po drodze fryzjer, kosmetyczka, masaż i solarium. Przylatuje zziajana wieczorem i od razu do telefonu, umawiać na jutro tysiąc dwieście trzydzieści siedem spotkań. Michał, to już wiesz, komputerowa masturbacja. A gdybyś jeszcze do tego poznała Zdzisię... to już paw totalny. Dopiero drugi rok siedzi w Londynie, a jak do nas dzwoni, rozmawia po angielsku, bo po polsku to już nie umie.

Dziewczyny znakomicie mieszczą się w ramach tego obrazka.

Wydawałoby się, że Marysia całkowicie przystosowała się do nowych warunków, że znalazła swoją drogę, jakże różną od tej, na której była wcześniej. Jak bańka mydlana rozprysł się obrazek zaniedbanej, płochliwej dziewczynki. Jest silna!

– Płynie przeze mnie podziemna rzeka. Jest perłowa i chłodna. Lśni radością, a radość jest światłem, które oświetli każdą najciemniejszą i największą jaskinię. Będę robiła tylko to, co chcę robić. Ja sama przeżyję własne życie, nie pozwolę nikomu przeżyć go moim kosztem i przybiję do brzegu w tym tylko miejscu, w którym zechcę przybić.

Kiedy człowiek rodzi się, razem z nim rodzi się świat. Świat istnieje dla niego. Tylko dla niego. Więc muszę zmusić świat, żeby mi służył. Nie wolno dać mi się ogłupić tymi wszystkimi morałami, bo wymyślili je silni dla słabych, żeby im służyli.

Chciałoby się więc powiedzieć: gratulacje Marysiu! Jesteś naprawdę KIMŚ. Kolejne wydarzenia pokażą jednak, jak kiepską kredką naszkicowany jest ten obrazek…

Książka Tryzny została życzliwie przyjęta zarówno przez większą część krytyki, jak i czytelników. Pomogła w tym niewątpliwie życzliwa opinia Czesława Miłosza. Prawdziwa wrzawa wokół powieści wybuchła jednak dopiero wtedy, gdy Andrzej Wajda ogłosił, że zamierza nakręcić na jej kanwie film. Rozgorzały dyskusje, szukano odpowiedzi na pytanie dlaczego wybitny reżyser w tym właśnie debiutanckim tekście szuka inspiracji artystycznej. Pojawiły się przeróżne na ten temat spekulacje. Sam Mistrz, który zapewne mógłby spokojnie uchylić rąbka tajemnicy, nabrał wody w usta i roztropnie milczał, nie dając się sprowokować do wynurzeń w tej rozpalającej wyobraźnię kwestii.

Oczywiście milczenie to w jeszcze większym stopniu prowokowało do najróżniejszych spekulacji. I wtedy właśnie pojawiły się fascynujące skądinąd próby interpretacji decyzji wybitnego reżysera, rozważania na temat tego, o czym właściwie opowiada Tryzna, kim naprawdę jest tytułowa Panna Nikt. Do tej pory wątpliwości szczególnych nie było; czytaliśmy tę książkę jak opowieść o trudnym dojrzewaniu, z peerelowską rzeczywistością schyłku lat osiemdziesiątych w tle. Teraz jednak zaczęliśmy węszyć podstęp, szukać w niej jakiegoś zawoalowanego kontekstu. A jeśli zawoalowanego, to na pewno z przyczyn politycznych – tego wszak nauczył nas PRL: czytania między wierszami, odkrywania drugiego dna, puszczania do czytelnika oczka… No i, słusznie czy nie, kombinowaliśmy jakiej to głęboko skrywanej tajemnicy nie odkryliśmy w utworze…

Film nie pomógł w rozwiązaniu zagadki. Jedną z wersji takiego rozwiązania była próba znalezienia klucza interpretacyjnego do opowiadanej historii w tekście ballady jednego z legendarnych bardów podziemia lat osiemdziesiątych – Jana Krzysztofa Kelusa. Śpiewał on o Sentymentalnej Pannie S.2 Tej kiedyś jedynej, wspaniałej, uwielbianej. Mądrej, dobrej, dzielnej… To wspomnienie, skonfrontowane z wydarzeniami na wskroś współczesnymi, przyniosło olśnienie: Tryzna stworzył powieściowy scenariusz kolejnego, dotąd nienakręconego (właściwie dlaczego?!?) filmu Wajdy. Był człowiek z marmuru, z żelaza – została panna nikt. Tak skończyła się, czy może wciąż kończy na naszych oczach, legenda Solidarności… Ma sens taka supozycja czy nie, to sprawa nierozstrzygnięta. Ani autor tekstu, ani twórca filmu, nie pomogli w odnalezieniu jedynie słusznego w tej kwestii stanowiska. Tak więc wszystko przed Wami…!


1 Tomek Tryzna, Panna Nikt, Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2010, str. 414. Kolejne cytaty ze stron: 94-95, 109, 199-202, 290, 374-375.

2 Tekst znajdziecie bez trudu w Internecie.