Rozmowa z Marcinem Kowalczykiem – aktorem, laureatem Nagrody im. Zbyszka Cybulskiego – o maturze, egzaminach na studia i aktorstwie.
– Właśnie dobiegł końca sezon studniówkowy. Pamiętasz swoją studniówkę? Tańczyłeś poloneza?
– Pamiętam, ale ten rodzaj spędów, rautów i bankietów w garniakach nie jest moim ulubionym sposobem spędzania czasu. A poloneza tańczyłem, bo dlaczegóż by nie?
– W liceum należałeś do szkolnego kółka teatralnego? Występowałeś na szkolnych akademiach?
– Akademiach??? Nie, ale wybrałem XXI LO w Krakowie, które jeszcze wtedy miało profil teatralny. Była tam scena z prawdziwego zdarzenia i mnóstwo warsztatów pozalekcyjnych. Oprócz tego zapisałem się do MDK w Krakowie, gdzie zajęcia teatralne prowadził Wojtek Terechowicz. Szybko się zaprzyjaźniliśmy i później pomagał mi się przygotować do egzaminów na PWST.
– Z jakich przedmiotów zdawałeś maturę i czym się kierowałeś podczas wyboru?
– Polski, angielski, historia sztuki – rozszerzone. Wtedy jeszcze nie trzeba było zdawać matematyki. Wiedziałem już na początku liceum, że chcę studiować w szkole teatralnej, więc te przedmioty, a zwłaszcza historia sztuki, liczyły się, jeśli chodzi o punkty na egzaminie wstępnym. Etap teoretyczny miałem za sobą dzięki maturze.
– Byłeś zdecydowany studiować w szkole teatralnej – ale czy na wydziale aktorskim?
– Od kiedy pamiętam, chciałem robić filmy. Myślałem też o operatorce i reżyserii. Aktorstwo to świetny środek wyrazu, o ile masz możliwość się wypowiedzieć. Samo granie mnie nie interesuje, bo unikam grania w życiu, jak tylko się da. Wypowiedź za pomocą aktorstwa w filmie albo teatrze jest bardzo organiczna, bo robisz to po prostu całym sobą. Pod warunkiem, że sztuka/film rymuje się z tym, co chcesz powiedzieć, używa się swojego ciała, emocji, intuicji do tego, żeby opowiadać o ludziach. Mechanizmy, które ludźmi powodują, zawsze mnie interesowały. Poprzez aktorstwo poznaje się lepiej świat i przede wszystkim siebie. Tak naprawdę wszystko sprowadza się do tego, żeby nie grać, tylko być naprawdę i nie udawać. Zawsze mnie to fascynowało, stąd aktorstwo.
– Chodziłeś na kursy przygotowujące do egzaminów wstępnych?
– Nie, bo były drogie. Ale w PWST są bezpłatne konsultacje. Przynosisz to, co przygotowałeś, a później omawia to pedagog, który pracuje w szkole. Oprócz tego, tak jak wspomniałem, poprosiłem Wojtka Terechowicza, który jest aktorem, o pomoc przy wyborze tekstów. To bardzo ważne, żeby teksty, które się przygotowuje na egzamin wyrażały to, co jest ci bliskie.
– Jak wspominasz egzaminy na studia? Zdałeś za pierwszym razem?
– Egzaminy do szkoły teatralnej to jest zjawisko, którego się nie zapomina, bo wygląda to przekomicznie. Mnóstwo młodych ludzi, którzy przyszli na „casting do życia w centrum uwagi”. Każdy się rozgrzewa, rozśpiewuje, stroi miny do lustra. Tylko to filmować i robić dokument o frustratach. A najbardziej sfrustrowani bywają aktorzy i reżyserzy, którzy tam wykładają. Przechadzają się dumnie między tymi, którzy zdają i obie strony kombinują, jak tu się najlepiej, najciekawiej zaprezentować. Tragikomedia.
Ja dostałem się za drugim razem, ale wtedy byłem już bardzo negatywnie nastawiony do komisji. Myślałem sobie: „Jakim prawem bawicie się w domorosłych psychologów i mnie oceniacie, czy się nadaję, czy nie. Macie śmiałość wypowiadać się, jakim jestem człowiekiem po piętnastu minutach powierzchownej znajomości?” Wybrałem wtedy tekst, który dotyczył podobnej sprawy, więc udało się go powiedzieć naturalnie i prawdziwie.
– Byłeś pilnym studentem?
– Poznałem paru ludzi, których aktorstwo samo w sobie, jako zjawisko ciekawiło i świetnie mi się z nimi studiowało, bo nakręcaliśmy się wzajemnie na eksplorowanie tematu. Studia to faktycznie, chyba najwspanialszy okres życia. Imprezowaliśmy do przesady, zwłaszcza przez pierwsze dwa lata. Ale nie da się na takich studiach obijać, bo przecież dotyczą tego, co nas na maksa kręciło. Nigdy nie zabiegałem o oceny, ale nie marnowałem czasu. Chciałem odkryć, jak grać, jak to robić, żeby przynajmniej sobie wierzyć w to, co mówię na scenie. Dziś wiem, że nigdy tego nie odkryję, że to będą zawsze próby.
– Co sądzisz o aktorstwie niezawodowym? Można być dobrym aktorem bez szkoły aktorskiej?
– Jasne, że można. Szkoła w wielu przypadkach bardziej ludziom szkodzi, niż pomaga. To jest bardzo indywidualna kwestia. Dostajesz tak zwany warsztat, który na dobrą sprawę jest labiryntem umiejętności i to czy się w tym nie pogubisz zależy tylko od ciebie. Często do szkoły teatralnej dostają się ciekawi ludzie, którzy po skończeniu studiów przypominają już tylko kopię aktora. Są aktorami a nie ludźmi. Mówią wyraźnie, impostowanym głosem, stoją prosto, umieją powiedzieć: „proszę bardzo, przepraszam najmocniej, dziękuję pięknie”, wodę po sobie spuszczają w toalecie i są tak idealni, że przestają być ciekawi. No, ale to tylko moje subiektywne zdanie.
Wielu aktorów, którzy nie poszli do szkoły, robi karierę, albo lepiej, po prostu spełniają się w tym zawodzie. Mają natomiast pod górkę. Łatwiej dostać pracę, jeżeli się jest po studiach. W wypadku amatorów, czyli pasjonatów, jak ja to rozumiem, trzeba jeszcze więcej szczęścia, którego w tym zawodzie w ogóle potrzeba sporo.
Doskonałym przykładem jest Magdalena Berus – dziewiętnastolatka, która w zeszłym roku zagrała główne role w dwóch filmach fabularnych. Niedawno widziałem dwa filmy z jej udziałem Bejbi blues i Nieulotne. Jej aktorstwo jest świeże, przejmujące, bardzo naturalne. Ma talent i o to chodzi. Jeżeli masz wrażenie, że postać, którą widzisz na ekranie jest grana przez naturszczyka a nie przez aktora to znaczy, że się udało i w tym momencie już nie jest ważne, czy ktoś skończył szkołę, czy nie. Chodzi o talent, wrażliwość, empatię, dystans do siebie, itd.
– Myślisz o jakimś dodatkowym kierunku studiów?
– Bardzo chciałbym jeszcze postudiować: reżyserię, psychologię, operatorkę, czyli piętnaście lat jeszcze się kształcić. Tylko, kogo na to stać?
– Co bardziej Cię pociąga – film czy teatr?
– To są dwie całkiem inne bajki. Ja chciałem robić kino. Zetknąłem się z teatrem i wiem już, że możliwości, jakie daje, środki wyrazu, są ogromne i bardzo pociągające. Jeżeli teatr, to współczesny, mówiący o aktualnych sprawach, bo nie mam ochoty inscenizować dramatów, przecież można je przeczytać.
W teatrze chciałbym mówić o zagrożeniu naszej percepcji przez manipulacje, reklamy, hipnotyzującą telewizję, itd. Podjąć próbę faktycznego spotkania z człowiekiem. Niedawno taką próbę podjąłem, ale nie wyszło, co nie znaczy, że nie będę próbował dalej.
– Właśnie zakończyłeś pracę nad filmem w reżyserii Krzysztofa Skoniecznego Hardkor Disko. W jaką postać wcieliłeś się tym razem?
– Uchylanie rąbka tajemnicy, to inaczej spojlerowanie. Nie ma sensu mówić o filmach, zanim się ich nie obejrzy, a po obejrzeniu też nie za bardzo lubię o tym mówić, bo wszystko, co mam do powiedzenia, staram się umieścić właśnie tam, w filmie. Poprzez film się wypowiadam i nie lubię jeszcze dopowiadać. Czasami jestem do tego zobowiązany umową i to się nazywa promocja. A ja nie znoszę promocji.
– Jaki, na co dzień jest Marcin Kowalczyk? Jak spędza wolny czas?
– To już zahacza o wywiad do kolorowego pisma.
– Miałam na myśli hobby. Coś, co robisz, na co dzień poza aktorstwem... Jazda konna, koszykówka, pływanie?
– Właśnie o tym mówię. To jest bardzo cienka granica, której nie zamierzam przekraczać. Nie mam ochoty mówić o swoim prywatnym życiu. Zaczyna się od: „Co robisz w wolnym czasie? Jakie masz hobby?”, a później płynnie przechodzi to w: „Masz kota? Albo psa? Gdzie byłeś na wakacjach? Zaproś nas do swojego domu, pokaż jak żyjesz, kim jesteś? Fundniemy ci wakacje i porobimy foty do gazety, będzie fajnie!”
Powiedziałbym ci, że oglądam filmy i czytam mądre książki. Oprócz tego dbam o zdrowie, uprawiam wspinaczkę i żegluję, i karmię łabędzie, bo są głodne i takie piękne. I to właśnie jest kreowanie wizerunku. A od tego trzymam się z daleka.
– Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiała: Anita Kruk
Marcin Kowalczyk, urodzony w roku 1987 w Krakowie. Absolwent XXI Liceum Ogólnokształcącego oraz Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w rodzinnym mieście. Za rolę Piotra „Magika” Łuszcza w filmie Jesteś Bogiem w reż. Leszka Dawida otrzymał wiele nagród: za debiut aktorski na Gdynia Film Festival (2012), Złotą Kaczkę (2012) dla najlepszego aktora oraz Nagrodę im. Zbyszka Cybulskiego (2012) dla młodego aktora wyróżniającego się wybitną indywidualnością. Wyróżniony za rolę w spektaklu dyplomowym Babel 2 (2011) w reż. Mai Kleczewskiej, na XXIX Festiwalu Szkół Teatralnych w Łodzi. Wystąpił także w sztuce Klub Polski (2011) w reż. Pawła Miśkiewicza w Teatrze Dramatycznym w Warszawie oraz w filmie Dziewczyna z szafy (2012) w reż. Bodo Koxa i Hardkor Disko (2013) w reż. Krzysztofa Koniecznego.


