REKLAMA


REKLAMA


REKLAMA


REKLAMA


REKLAMA


REKLAMA


REKLAMA


REKLAMA


Pauliną Gałązką, absolwentką Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej w Łodzi, aktorką warszawskiego Teatru Ateneum, o dziwnej drodze do aktorstwa, wzlotach i upadkach oraz tajnikach budowania roli, rozmawia Anita Kruk. 

paulina galazka m1
fot.: Sonia Szostak

– Chciałaś być aktorką „od zawsze”, czy kierował Tobą impuls?

– Kiedy byłam w podstawówce, moja siostra chodziła na kółko recytatorskie i zdobywała nagrody. Bardzo przeżywała i bardzo to lubiła. Zazdrościłam jej. Chciałam być taka jak ona – i tak się zaczęło. Potem poszłam do liceum, w którym był festiwal teatralny i tam działałam dalej. Po maturze, którą dobrze zdałam, przyszła kolej na studia. Wydawało mi się, że aktorstwo byłoby szalonym pomysłem, bo to niepewny zawód. I tak znalazłam się na Uniwersytecie Warszawskim, na stosunkach międzynarodowych. Całkiem dobrze mi szło. Po roku zaczęłam zazdrościć koleżankom, które zdawały do szkół teatralnych. To jest taka pasja, gryząca mnie w środku. Pomyślałam – co ja powiem moim dzieciom? Że nie spróbowałam? Spróbuję! I wysłałam papiery.

– Dlaczego wybrałaś Łódź? Jesteś z Warszawy, do Akademii Teatralnej miałabyś bliżej.

– Łódź wydawała mi się najbezpieczniejszym miejscem do tego, żeby nikt się nie dowiedział, że zdaję na aktorstwo. Poza tym podobało mi się, że tam jest szkoła filmowa. Dodatkowo, to nowe miasto – nie Warszawa.

– Dostałaś się za pierwszym razem?

– Tak. Chociaż, dziwię się, że zostałam przyjęta. W przygotowaniach do egzaminów nikt mi nie pomagał a w dodatku miałam wtedy sesję na UW. Udało mi się to wszystko połączyć. Pojechałam na pierwszy etap i byłam pewna, że nie przejdę dalej. Podobnie było z drugim. Jednak, udało się i dotarłam do trzeciego etapu – zupełnie nie planowałam dłuższego pobytu w Łodzi. Nic ze sobą nie miałam, ani pieniędzy ani ubrań. Spałam z koleżanką u jakiś obcych ludzi – nie mogłam inaczej, miałam tylko 15 zł na bilety kolejowe z Łodzi Fabrycznej do Warszawy Centralnej. I do tego wszystkiego zniszczyłam spodnie. Od koleżanki pożyczyłam t-shirt, a na egzaminie wszystkie dziewczyny były ubrane w sukienki. I tak poszłam na trzeci etap. Moim zdaniem, wypadłam słabo. Nie zostałam na ogłoszenie wyników. Wsiadłam w pociąg, wróciłam do domu, zakończyłam sesję egzaminacyjną na UW, zajęłam się wakacyjną pracą kelnerską. Po kilku dniach dostałam telefon od koleżanki z informacją, że dostałam się na aktorstwo!

– Na uniwersytecie byłaś prymuską, a w filmówce?

– Prymuską to może nie, ale lubiłam to, co robiłam. Miałam wzloty i upadki. To jest abstrakcyjny kierunek i trudno złapać grunt pod nogami. Na uniwersytecie przynajmniej wiesz, czego masz się nauczyć i jakie są oczekiwania. W szkole teatralnej wszystko jest niemiarodajne, pracujesz na samym sobie, sam ze sobą. Uważam, że to jest przyśpieszony kurs dojrzewania.

– Rynek pracy dla aktora nie jest łatwą sprawą. Jak wyglądało Twoje poszukiwanie pracy w zawodzie?

– To strasznie trudne. Jest przesyt rynku nami. Ja w sumie nie skończyłam jeszcze studiów – muszę napisać magisterkę. U nas zdobywa się dyplom aktora – zawodowy i pisze się magistra. Dyplom dostaje się za przedstawienia dyplomowe, zrobione z reżyserami na czwartym roku studiów. Mnie się szczęśliwie udało, że byłam w trzech dyplomach. Ale przyznam szczerze, że przez cały trzeci rok pracowałam na 200% normy. Dodatkowo jeździłam na warsztaty, robiłam etiudy. Działałam bardzo dużo poza szkołą. Aż w końcu wylądowałam z przepracowania w szpitalu – dostałam szoku farmakologicznego.

paulina galazka m2
fot.: Julia Andrzejewska

– Ledwie przeszłaś przez studia aktorskie, a już zdobyłaś kilka nagród: na 31. Festiwalu Szkół Teatralnych w Łodzi – trzy, na 7. Międzynarodowym Festiwalu Szkół Teatralnych w Warszawie – jedną i ostatnio – Nagroda Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Jak Ty to robisz?

– Nie wiem. Na pewno nie myślę o nagrodach.

– Czym są dla Ciebie te wyróżnienia?

– Akurat z nagród z Festiwalu Szkół Teatralnych w Łodzi nie mogłam się cieszyć – moja bardzo bliska osoba umierała. Do tego, dojeżdżałam na plan filmowy do Warszawy. Ale na warszawskim festiwalu mogłam już spokojnie cieszyć się zwycięstwem. Podobnie było z Nagrodą Ministra.

– Nagrody, które zdobyłaś, są głównie za spektakl dyplomowy Shopping & Fucking. To trudny, bardzo brutalny i odważny dramat.

– Gdzie o tym przeczytałaś? (śmiech)

– Widziałam fragmenty na YouTube, poczytałam w Internecie i zaintrygowało mnie to.

– To jest nic (śmiech)!

– Nie znalazłam całości spektaklu.

– Bo nie ma.

– Interesuje mnie Twoja rola.

– To jest trudny, szczególnie dla roli kobiecej, tekst Marka Ravenhilla – brutalisty angielskiego. Trzeba uważać, żeby nie przekroczyć granicy dobrego smaku a jednocześnie o czymś opowiedzieć – nie chodzi tutaj o „pokazywactwo” brutalizmu. Jak to się udało? To zasługa naszego reżysera – Grzegorza Wiśniewskiego, który jest znakomitym „rozgryzaczem” relacji międzyludzkich i konstelacji emocjonalnych.

– Czy miałaś blokady przy pracy nad rolą Lulu?

– Tak, straszne. Szczególnie, kiedy graliśmy na początku – we wrześniu zeszłego roku. A im więcej się gra, tym jest lepiej. W tej chwili zagraliśmy prawie 80 spektakli – zdarza się to rzadko, nawet w profesjonalnym teatrze. Dla mnie ta rola była bardzo niewygodna. Mam dużo zeszytów nią zapisanych – próbami interpretacji postaci, układami wykresów emocjonalnych, próbami ugryzienia, jaki to jest człowiek. Po Festiwalu Szkół Teatralnych pojechałam do Oslo, do mojego chłopaka i tam zobaczyłam na Dworcu Centralnym heroinistów. Wtedy trochę bardziej zrozumiałam, o co chodzi w mojej postaci i już na Międzynarodowym Festiwalu Szkół Teatralnych moja rola była wzbogacona o to nowe doświadczenie.

– Dołączyłaś do zespołu warszawskiego Teatru Ateneum. W noc sylwestrową zadebiutowałaś w spektaklu Amoroso w reżyserii Artura Barcisia. W jaką postać się wcielasz?

– To jest widowisko muzyczne. Jestem Teresą, którą opuszcza Gigi Amoroso (Stefano Terrazzino). Mam swoich trzech pocieszycieli, którzy próbują zdobyć moje względy. Mam też mojego Anioła Stróża, który śpiewa mi piosenki mądre i refleksyjne. Opowiadamy sobie nawzajem historie, śpiewając.

– Pojawiasz się nie tylko na deskach teatru. Zagrałaś m.in. w filmie dokumentalnym-fabularyzowanym w reż. Małgorzaty Bramy Radosław. Kim jest Twoja postać?

– Grałam panią Wacławę Jurczakowską. Kręciliśmy fabularyzowane sceny, które mają być tłem dla wywiadów z żyjącymi jeszcze powstańcami warszawskimi.

– W jaki sposób wchodzisz w role?

–Każdy z nas inaczej odczuwa postaci. Ja lubię budować postać dookoła, myśleć o jej życiu, tworzyć tło psychologiczne.

– Wolisz teatr czy film?

– I to, i to bardzo lubię.

– Czego można Ci życzyć na Twojej artystycznej drodze?

– Powodzenia.

– W takim razie – powodzenia! Dziękuję za rozmowę.


Paulina Gałązka – rocznik 1989. Absolwentka Wydziału Aktorskiego Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej im. Leona Schillera w Łodzi. Aktorka Teatru Ateneum w Warszawie. Laureatka nagród: na 31. Festiwalu Szkół Teatralnych w Łodzi – za rolę Lulu w spektaklu Shopping & Fucking, Nagrodę Publiczności dla Najbardziej Elektryzującej Aktorki oraz Nagrodę Środowiska Łódzkich Dziennikarzy; za pierwszoplanową rolę żeńską w tym samym spektaklu na 7. Międzynarodowym Festiwalu Szkół Teatralnych ITSeF w Warszawie; kolejna to Nagroda Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego za wybitne osiągnięcia w twórczości artystycznej. Dorobek artystyczny – film: Kamienie na szaniec w reż. Roberta Glińskiego, Wspomnienie poprzedniego lata w reż. Kuby Gryżewskiego i Ivo Krankowskiego, Radosław w reż. Małgorzaty Bramy, Dziewczyna z szafy w reż. Bodo Koxa, W imieniu diabła w reż. Barbary Sass; serial: Przyjaciółki, Na dobre i na złe, Komisarz Alex, Ojciec Mateusz; spektakl: Amoroso w reż. Artura Barcisia – Teatr Ateneum w Warszawie, Matka Joanna w reż. Marcina Brzozowskiego – Teatr Szwalnia w Łodzi.