REKLAMA


REKLAMA


REKLAMA


REKLAMA


REKLAMA


REKLAMA


REKLAMA


REKLAMA


Nazywam się Mohamed, ale wszyscy wołają na mnie Momo, żeby było krócej1. Tak przedstawia się bohater i zarazem narrator niezwykłej opowieści2, o której będzie ta pogaducha.

Gdy go poznajemy, sądzi że ma około dziesięciu lat. Później okaże się jednak, że nieco więcej – coś koło czternastu. Jest sierotą. Nigdy nie widział swoich rodziców; dopiero teraz dowie się kim byli. Niestety, nie wygląda to najlepiej – jak z właściwą sobie bezceremonialnością zakomunikuje opiekunka chłopca, pani Roza: Aisza (to imię matki) miała dużą przelotowość i naprawdę trudno się zorientować, kto tam był ojcem. Urodziła cię w dużym zamieszaniu, nigdy nie przestała pracować. Nie oszczędzi też przypuszczalnego sprawcy narodzin chłopca: A poza tym ojciec, który był psychiatryczny, to w ogóle nie to, czego ci potrzeba, bo czasami to jest dziedziczne. 

Wiemy już kim jest Momo. Pora przedstawić jego opiekunkę, wspomnianą panią Rozę. Pani Roza urodziła się w Polsce jako Żydówka, ale przez wiele lat radziła sobie w Maroku i Algierii i znała arabski tak jak my wszyscy. Znała też żydowski, z tych samych powodów, i często rozmawialiśmy ze sobą w tym języku. Pani Roza prowadziła coś na kształt prywatnego i oczywiście całkiem nielegalnego domu dziecka. Jej wychowankowie, których było zazwyczaj kilku, mieli życiorysy podobne do historii naszego bohatera. Kobiety, co sobie radziły, często wyjeżdżały gdzieś daleko, gdzie im dobrze płacili i gdzie był duży popyt, i zostawiały dzieciaka pani Rozie, a potem wcale nie wracały. Wyjeżdżały i cześć. Tak to jest z tymi smarkaczami, których nie dało się wyskrobać na czas i które są niechciane. W tym miejscu trzeba otworzyć nawias, wyjaśnić co w języku Momo oznacza, w odniesieniu do kobiet, słowo radziły. Posłuchajmy fragmentu rozmowy, który tłumaczy rzecz w sposób dosadny, ale dzięki temu wyjątkowo jasny.

– Słuchaj, Momo, jesteś najstarszy, musisz dawać przykład, przestań nam tu w końcu pieprzyć o tej twojej mamusi. Macie szczęście, że nie znacie swoich mamusiek, bo w waszym wieku jest jeszcze jakaś wrażliwość, a to ostatnie kurwy. Wiesz, co to jest kurwa?
– To taka osoba, co sobie radzi dupą.
– Ciekawe, gdzieś się nauczył takich świństw, ale jest dużo prawdy w tym, co mówisz.
– A pani też radziła sobie dupą, jak pani była młoda i piękna?
Uśmiechnęła się, przyjemnie jej było słyszeć, że była młoda i piękna.
– Dobre z ciebie dziecko, Momo, ale bądź grzeczny. Pomóż mi. Jestem stara i chora. Odkąd wyszłam z Oświęcimia, mam same kłopoty.

Istotnie. Na brak kłopotów pani Roza nie może narzekać. Ma 65 lat, waży prawie 100 kilogramów, które codziennie musi po kilkakroć wtaszczyć na szóste piętro swojego paryskiego mieszkania. Do tego zdrowie zaczyna jej szwankować. W dodatku niektóre, dotąd radzące sobie, przestają przysyłać pieniądze na pozostawione pociechy. A żyć trzeba… Na szczęście są sąsiedzi, zaprzyjaźniony lekarz, prominentni znajomi z półświatka, z którymi niegdyś połączyły ją niekoniecznie najczystsze interesy. I oczywiście Momo, który z upływem czasu zaczyna dostrzegać coraz więcej zalet opiekunki, jej ukrytą pod grubą warstwą pozornego cynizmu dobroć i swoistą przyzwoitość. Co prawda denerwuje go jej pogłębiająca się nieporadność, humory, konieczność pielęgnacji w sytuacjach, w których choroba bierze górę nad świadomością i fizjologią, ale jednocześnie czuje się w obowiązku wziąć na swoje barki odpowiedzialność za nią i, pośrednio, inne dzieci żyjące z nimi pod jednym dachem.

Momo nie chodzi do szkoły (uniemożliwiły to kłopoty z metryką), edukuje go ulica, środowisko, w którym żyje i z którym musi sobie radzić. Na swój sposób ogląda i tłumaczy sobie świat, rządzące nim prawa i szuka dla siebie w miarę bezpiecznego miejsca. Swoiste to spostrzeganie, nietknięte wiedzą podręcznikową, oparte na intuicji, wnioskach z obserwacji, własnych doświadczeniach. Prostota tego spojrzenia niekiedy przeraża swoją brutalnością, ostrością z trudem ubieranych w słowa przemyśleń, ale też urzeka szczególną naiwnością, wynikającą z połączenia spostrzeżeń dorastającego co prawda, lecz ciągle jeszcze dziecka odkrywającego to wszystko, czego nie potrafią, bądź nie chcą, odkryć i wyartykułować dorośli. Ta specyficzna dojrzałość bohatera, komunikowana językiem jędrnym, zabawnym, zadziwia trafnością przemyśleń, sądów, ocen. Oto klasyczny prostaczek – z wieku, urodzenia, sytuacji społecznej, okazuje się mistrzem interpretacji otaczającego świata i ludzi, którzy go zamieszkują, mędrcem nieomal…

Powodów do mędrkowania dostarcza Mohamedowi obserwacja otoczenia, poznawanie nowych ludzi, słuchanie ich, rozmowy. Taka na przykład sąsiadka Lola – kiedyś była facetem, uprawiała z powodzeniem boks, co do chwili obecnej ułatwia jej unikanie różnych niebezpieczeństw. Posłuchajcie jaki jej obraz kreśli nasz bohater – narrator: Pani Lola krążyła samochodem całą noc po Lasku Bulońskim i mówiła, że jest jedynym Senegalczykiem w tym fachu i że się bardzo podoba, bo jak się rozepnie, to ma na raz duże cyce i fiuta. Cyce wyhodowała sobie sztucznie jak kurczaki. […] Bardzo ją lubiłem, to osoba, która nie przypominała nic i pod żadnym względem. Szybko zrozumiałem, że interesowała się mną, żeby mieć dzieci, bo w jej fachu nie mogła ich mieć, przecież brakowało jej niezbędnej rzeczy. Nosiła jasną perukę i piersi, tak poszukiwane u kobiet, karmiła je codziennie hormonami i chodziła na wysokich obcasach i ruszała się jak pedzio, żeby podłapać klientów, ale to była naprawdę osoba nie taka jak wszyscy i człowiek czuł się bezpieczny. Nie rozumiem, dlaczego ludzi dzieli się według dupy i robi się z tego taką ważną sprawę, przecież to nikomu nie może zaszkodzić. Czyż nie piękny opis? A pani Lola była bardzo życzliwa i pomocna; wspomagała finansowo w biedzie, gotowała jedzenie. Mówiła, że zawsze była nieszczęśliwa jako mężczyzna, a teraz jest istotą z marzeń. Dlaczego wybór jakiego dokonała miałby ją totalnie dyskredytować? Przecież ma do niego prawo! Nam jej sposób na życie może się podobać lub nie, ale to jej sposób… Krzywdy nikomu nie czyni.

Paryż końca lat sześćdziesiątych, w którym toczy się akcja powieści, to wielokulturowy tygiel. Mieszkają tu, poza rdzennymi Francuzami znad Sekwany, liczni przybysze z wybijających się na niepodległość dawnych afrykańskich i azjatyckich kolonii, cudem ocaleni z holocaustu Żydzi, polityczni wygnańcy z różnych części Europy i świata. Oderwani od swoich korzeni, wplątani w wir życia wielkiego miasta, ciekawy odmiennością, dostarczający nieznanych wcześniej wrażeń, ale najczęściej nieprzyjazny, szukają dla siebie jakiegoś dającego choćby namiastkę bezpieczeństwa miejsca. Jeśli nawet uda im się je odnaleźć, pozostają jednak ciągle innymi, poza głównym nurtem, skazani niejako na marginalizację, w szarej strefie egzystencji. To dość, by przeżyć, ale zbyt mało, by żyć… Paradoksalnie, ta niekomfortowa ponad wszelką wątpliwość sytuacja, z jednej strony czyni obojętnym na krzywdę, często wyzwala cynizm, agresję, z drugiej jednak pozwala spostrzec i lepiej zrozumieć prawdziwe cierpienie, przejawy niesprawiedliwości gotowanej przez los, uwrażliwia na krzywdę, zwłaszcza tą niezawinioną, nieuzasadnioną żadnymi racjonalnymi przesłankami.

Momo jest w takim właśnie położeniu. Powołany na ten świat niejako przypadkiem, szuka rozpaczliwie miłości, zrozumienia. Potrafi walczyć o swoje, ale zauważa też potrzeby innych. Do bólu samotny rozumie ich samotność. Na swój sposób współczuje, choć stara się to ukryć pod maską dorastającego w trudnych warunkach twardziela. Ale znakomicie wyczuwa także każde fałszywe zachowanie, każdą grę pozorów. Kiedy niespodziewanie z wizytą u pani Rozy pojawia się jego ojciec i żąda widzenia z synem (twierdzi, że chce go poprosić, by się za niego modlił), którego powierzył przed laty jej opiece, natychmiast dostrzega, że prawdziwe powody tych odwiedzin, niezbyt jasne zresztą, są chyba inne. W dodatku intuicja podpowiada mu, że nie jest w jego interesie przyznawać się do tatusia, wypuszczonego właśnie ze szpitala psychiatrycznego, w którym spędził jedenaście lat po wyprawieniu na tamten świat mamusi. Istotnie – tak nagła erupcja uczuć rodzicielskich mogła się wydawać podejrzana; dlatego milczy roztropnie podczas całej rozmowy, której ciężar weźmie na siebie pani Roza, również zaniepokojona ewentualnymi konsekwencjami spotkania i ich możliwym wpływem na dalsze losy swojego wychowanka. Dalszy rozwój wypadków potwierdza to przypuszczenie. Im więc energiczniej pan Yusef Kadir (tak nazywa się ojciec) domaga się wydania mu dziecka, tym bardziej utwierdza to ją w przekonaniu, że czynić tego nie należy. Momo przysłuchuje się więc z obojętną, jakby go to w ogóle nie obchodziło, kamienną wręcz miną, temu jak pani Roza tłumaczy coraz bardziej rozjuszonemu Kadirowi, że jego dzieckiem jest Mojżesz (jeden z jej podopiecznych). I że zapewne stało się tak na skutek pomyłki, w wyniku której podmieniła dzieci, co z kolei spowodowało, iż jego syn jest Żydem. Oto fragmenty tej rozmowy – mogą stać się okazją do refleksji na temat tolerancji. Pan Kadir: Nie chcę absolutnie syna Żyda, proszę pani. […] Nie mam nic przeciwko Żydom, niech Bóg im przebaczy. Ale ja jestem Arabem, dobrym muzułmaninem, i miałem syna w tym samym stanie. Mohammed, Arab, muzułmanin. Powierzyłem go pani w dobrym stanie i chcę, żeby mi go pani zwróciła w takim samym stanie. Pani Roza: […] wychowałam pańskiego małego Mohammeda na dobrego małego Żyda, może pan być spokojny. Jak się zostawia syna i nie widuje się go przez jedenaście lat, to nie ma się potem co dziwić, że wyrasta na Żyda… […] No cóż, był Arabem, teraz jest trochę Żydem, ale przecież to ciągle ten sam pana synek! Na zakończenie tego miłego dialogu jeszcze raz pan Kadir: Chcę mojego syna Araba! – wrzasnął. – Nie chcę syna Żyda! No i czy trudno się dziwić, że wieńcząca tę wizytę nagła śmierć ojca nie zrobi na Momo żadnego wrażenia…? Problemem było tylko pozbycie się ciała – ale jak zwykle można było liczyć na sąsiedzką pomoc. […] położyli go na czwartym piętrze przed drzwiami pana Charmette, bo to Francuz gwarantowany z pochodzenia i mógł sobie na to pozwolić.

Momo ma całe życie przed sobą. Zapewne niełatwe. Edukacja pod skrzydłami pani Rozy, przerwana jej przedwczesną, choć spodziewaną śmiercią, często brutalna w swojej prostocie, pomoże mu pewnie w szukaniu przyjaznego miejsca w nie zawsze przyjaznym świecie. Być może ratunkiem stanie się przyjaźń z Nadine – dziewczyną, która potrafi wszystko cofnąć do tyłu (pracuje w studio nagrań filmowych). Przy niej czuje się prawie bezpiecznie. Jeden z przyjaciół pani Rozy nauczył go, że nie można żyć, jak się nie ma kogo kochać. I tego będzie się trzymać! Czy jak Pani Roza znajdzie sobie takie miejsce, w którym można się schować kiedy źle i kiedy człowiek się boi (kto jak kto, ale ona wiedziała o tym sporo…)? Czy uwolni się od strachu, który towarzyszy mu od dzieciństwa? Raczej nie, bo przecież to właśnie ta stara, na swój sposób mądra i uczciwa (choć z moralnością rozumianą w tradycyjny sposób miała na bakier…) Żydówka uświadomiła mu, że niekoniecznie trzeba mieć powody, żeby się bać. Lata spędzone pod jej opieką uzmysłowiły mu, wbrew obiegowym, podszytym antysemityzmem opiniom, że Żydzi to tacy sami ludzie jak inni, nie trzeba tylko mieć im tego za złe. Jeśli uda mu się pozostać wiernym temu przekonaniu, a może wręcz rozciągnąć je na resztę ludzkości, to na pewno życia mu to nie utrudni… Może więc mu się uda. Trzymamy kciuki! Bo ten świat nie jest najlepiej pomyślany. Ale innego nie ma i nie będzie! Za dużo jest dzieciaków, nawet są takie, co muszą zdychać z głodu, żeby je zauważyli, albo też organizują bandy, żeby być na widoku. Pani Roza mówi, że miliony dzieciaków zdycha na świecie i że nawet są takie, co sobie robią zdjęcia. Pani Roza mówi, ze fiut to wróg rodzaju ludzkiego i że jedynym porządnym facetem był Jezus, bo on nie urodził się od fiuta. Mówiła, że to jest wyjątkowy przypadek. Pani Roza mówi, że życie może być bardzo piękne, ale że jeszcze go tak naprawdę nie wynaleziono, a na razie trzeba jakoś żyć.


1 Ten i kolejne cytaty za: Emile Ajar (Romain Gary), Życie przed sobą, w przekładzie Marii Braunstein i Agnieszki Daniłowicz, Spółdzielnia Wydawnicza Czytelnik, Warszawa 1988, wydanie II, str. 8, 125, 124, 9, 12, 14-15, 86-87, 119, 121, 122, 74, 166, 38, 36, 76.

2 Wydana we Francji w 1975 roku, w Polsce już trzy lata później. Jej autorem jest Romain Gary, jeden z najwybitniejszych pisarzy francuskich XX wieku, dwukrotny laureat prestiżowej Nagrody Goncourtów (regulamin tej nagrody pozwala ją przyznać jednemu pisarzowi tylko raz – Gary otrzymał ją po raz kolejny dzięki prostej sztuczce, która rozsierdziła część francuskiej krytyki literackiej: właśnie Życie przed sobą wydał pod pseudonimem, jako Emile Ajar). Warto wiedzieć, że rodzinne korzenie tego na wskroś francuskiego pisarza żydowskiego pochodzenia wiążą go także z Polską i Rosją. W Polsce toczy się akcja jego debiutanckiej powieści Edukacja europejska. Poza nią (i oczywiście omawianą w tej pogadusze) szczególnie namawiam do przeczytania Korzeni nieba (za tę książkę otrzymał pierwszą Nagrodę Goncourtów) i autobiograficznej Obietnicy poranka.