Rozmowa z Zofią Zborowską, aktorką.
|
|
| fot. Marta Ankiersztejn |
– Jesteś aktorką i pochodzisz z aktorskiej rodziny – nie chciałaś nigdy zbuntować się wobec tej rodzinnej tradycji?
– Wręcz przeciwnie! Nigdy nie miałam planu B na przyszłość – zawsze chciałam zostać aktorką. Już jako dziewczynka występowałam przed publicznością – co prawda w turniejach, bo trenowałam stepowanie, ale to był początek mojej „scenicznej” kariery. Teraz gram w dwóch stołecznych teatrach, w produkcjach filmowych i serialowych, ale... nie wiem, czy będę to robić zawsze, bo w tej profesji bywa różnie z pracą. Sądzę jednak, że umiem sobie poradzić w każdej zawodowej sytuacji. Kiedy nie było dla mnie ról, pracowałam jako barmanka, ale jednocześnie obserwowałam tłumy ludzi przewijających się przez klub... Dla aktorki – bezcenne doświadczenie!
– Korzystasz z doświadczeń rodziców? Uczysz się od nich?
– Ta rodzinna tradycja trochę wypełnia się właśnie w ten sposób, kiedy na przykład podpatruję tatę na wspólnych próbach w teatrze. On czasem podrzuca mi pomysły, ale nie czeka na mnie po spektaklu z notesem pełnym uwag. Nie lubi się wtrącać, ale ja też nie oczekuję, że będzie mnie uczył... Zresztą – jeszcze zanim poszłam na egzamin do szkoły teatralnej, rodzice odbyli ze mną poważną rozmowę. Uprzedzali, że to ciężki zawód, w którym wiele zależy od szczęścia, że zarabia się nieregularnie, a czasami nic. Przez to, że jestem z aktorskiej rodziny, wiem dobrze, że sława i angaże nie są jedynym wskaźnikiem talentu.
– Wiele zależy od szczęścia?
– Jasne. W tym zawodzie dużo zależy od zbiegu okoliczności. Trzeba być zawsze przygotowanym oraz – właśnie – mieć trochę szczęścia: znaleźć się we właściwym miejscu i czasie, poznać kogoś z branży, pójść na właściwy casting. Czasem aktorskie portfolio decyduje o wszystkim. Na przykład, rolę w Kanadyjskich sukienkach dostałam dzięki zbiegowi okoliczności. Po castingu reżyser powiedział mi, że bardzo dobrze wypadłam, ale to fakt, że jestem bardzo podobna do kobiety, która była pierwowzorem filmowej postaci, i tak jest najważniejszy. W chwili, kiedy zobaczył moje zdjęcia, był już pewien, że to rola dla mnie.
– Ale chyba nie wygląd decyduje o Twoich angażach – podobno na egzaminie do Akademii Teatralnej w Warszawie usłyszałaś, że jesteś aż za dobrze przygotowana.
– Rzeczywiście – tak było. Przez dwa lata liceum przygotowywała się do egzaminów u pani Antoniny Girycz – ćwiczyłam przeponę, miałam lekcje dykcji, obniżyłam też głos, bo wcześniej miałam płaski i piskliwy. Choć nadal mówię szybko, to teraz już przynajmniej wyraźnie i ustawionym tonem. Byłam dobrze przygotowana, ale pomogła mi również pokora. Pierwszy egzamin zdawałam na wydział łódzkiej „filmówki”. Byłam bardzo pewna siebie i trochę mi tam utarli nosa, bo nie przedostałam się do trzeciego etapu... Do Warszawy wróciłam na egzaminy już mniej przebojowa.
– Czy te długie przygotowania są konieczne, żeby dostać się do szkoły teatralnej?
– To też jest częściowo kwestia fartu. Można się przygotowywać dwa lata i pójść na egzamin pod taką presją i w stresie, że obleje się pierwszy etap. A można przyjść spokojnym, mniej przygotowanym, ale pewnym siebie – i zostać przyjętym. Kiedy słyszę, że ktoś narzeka, bo za pierwszym razem nie dostał się do szkoły teatralnej, zawsze radzę, żeby próbował kolejny raz – ten egzamin nie jest ostatecznym sprawdzianem talentu czy predyspozycji zawodowych. Poza tym, jeżeli ktoś jest starszy, studiował już coś wcześniej i dopiero po kilku latach dostaje się do szkoły teatralnej – to też świetnie. Dwudziestokilkulatek ma szansę więcej wynieść z tej szkoły. Lepiej wie, czego chce i potrafi tę wiedzę świadomie wykorzystać, rozwijać się w wybranym kierunku. Kiedy jest się ledwo po maturze i od razu tak się awansuje – pokonując ponad setkę chętnych na miejsce – to pojawia się też niebezpieczeństwo, że uderzy do głowy wody sodowa. No ale jest też trzecia droga do zawodu – próbować sił w zawodzie bez dyplomu. Olga Frycz usiłowała chyba kilka razy dostać się do szkoły i zawsze ją odrzucano, ale mimo tego gra – jest ciekawą, wartościową aktorką.
– A podczas studiów – co tak naprawdę podlega ocenie?
– Początkowo chyba też sama tego do końca nie wiedziałam... Sądziłam, że idzie mi świetnie, a po pierwszym semestrze okazało się, że moja uparta natura i nieopanowana energia odbiły się niekorzystnie na wynikach. Nie lubiłam na przykład baletu. Ja, która dziesięć lat stepowałam, nagle mam tańczyć w balecie! Teraz rozumiem, że balet kształtuje sylwetkę i postawę, jest potrzebny. Za to wtedy byłam zupełnie niereformowalna. Na pewno więc liczą się pokora i pracowitość. Po pierwszym ostrzeżeniu szybko poprawiłam wyniki, zaczęłam się też dokształcać: dwa lata, w czasie wakacji, jeździłam na letnie trymestry do Lee Strasberg Film and Theatre Institute.
– Czego tam może nauczyć się początkujący aktor?
– To było jakby spojrzenie na ten zawód z zupełnie innej perspektywy. Ale zanim opowiem o samych przedmiotach, trzeba dodać, że w tej szkole prawie nie ma selekcji – obok siebie siedzą genialni aktorzy i amatorzy, ja poznałam tam na przykład dentystkę z Niemiec... Irytujące jest więc, kiedy niektóre polskie gwiazdy opowiadają, że spędziły kilka semestrów w tej szkole, a media robią wokół tych informacji zamieszanie, myląc Lee Strasberg Institute z naprawdę prestiżowym Actor's Studio.
– Na czym więc polega różnica?
– Do Lee Strasberg Institute dostaje się prawie każdy, kto zapłaci – są oczywiście wstępne rozmowy, ostatnio zaostrzyli też kryteria naboru, ale... Actor's Studio to miejsce, w którym warsztaty są co prawda za darmo, lecz żeby się tam dostać, trzeba być profesjonalnym aktorem, z odpowiednim dorobkiem, i w dodatku przejść jeszcze egzamin. W Actor's Studio szlifować warsztat może Sharon Stone – to jest mniej więcej taka poprzeczka. Za to Lee Strasberg, choć miejsce prestiżowe, jest przy okazji miejscem dla każdego, no – prawie każdego.
– Jak, krok po kroku, wygląda nauka w Instytucie Lee Strasberga?
– Kiedy przyjeżdżasz po raz pierwszy, dostajesz wytyczne, na które zajęcia musisz pójść. Są to na przykład dyskusje połączone z oglądaniem nagrań wywiadów Lee Strasberga. Obowiązkowe są też przedmioty rozwijające metodę Strasberga opartą na trzech pojęciach: relaksacja, koncentracja i pamięć zmysłowa. Każdy element metody to osobne zajęcia. Poza tym zapisujesz się na fakultety zgodnie z indywidualnymi potrzebami. Ja chodziłam na przykład na improwizację i na „pozbycie się akcentu”. W Instytucie jest dużo zajęć przed kamerą, co bardzo odróżnia je od nauki w szkole teatralnej w Polsce. Uważam jednak, że warto tam jechać, jeżeli naprawdę dobrze zna się angielski. Bo grając po angielsku, nie wystarczy tylko mówić w tym języku rolę, ale trzeba też umieć myśleć po angielsku – tak jak postać, w którą się wcielamy.
– Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiała Marta Syrwid
Zofia Zborowska (1987) - aktorka; karierę sceniczną zaczynała od sukcesów na mistrzostwach Polski w stepowaniu; absolwentka Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie; już w trakcie studiów otrzymywała role serialowe i filmowe, dubbinguje filmy animowane i gry wideo; ostatnio widziana jako Sarna w filmie o Powstaniu Warszawskim Sierpniowe niebo. 63 dni chwały; aktorka warszawskiego Teatru Polonia i Och-Teatru, gdzie wystąpiła m.in. w Pod Mocnym Aniołem na podstawie powieści Jerzego Pilcha, a ostatnio gra Klarę, w Zemście Aleksandra Fredry.



