
Moonlight Barry’ego Jenkinsa i Pokot Agnieszki Holland tylko pozornie dzieli wszystko. W czasach, w których otaczają nas agresja i przemoc, oba filmy są głosem w obronie delikatności.
– To nie miał być polityczny film – mówi Holland. – Kiedy zaczęłam pracować z Olgą Tokarczuk, planowałyśmy stworzyć uniwersalną baśń. Nie nasza wina, że w międzyczasie świat pogalopował w niebezpiecznym kierunku.
Pokot jest ekranizacją powieści Prowadź swój pług przez kości umarłych. Główna bohaterka, emerytowana inżynier, żyje w domu na uboczu niewielkiego miasta. Otoczona przez las i góry Kotliny Kłodzkiej.
Ale rzeczywistość wkracza do jej mikroświata. Gdy jeździ do miejscowej szkoły, gdzie uczy dzieci angielskiego, gdy musi cokolwiek załatwić w urzędach, gdy wokół pojawiają się myśliwi i wystrzeliwują tak przez nią kochane zwierzęta. I tego Duszejko już nie jest w stanie znieść.
To nie jest film o polowaniach. Raczej o naszym stosunku do rzeczywistości. Chęci podporządkowania sobie innych. Mężczyźni, których ulubioną rozrywką jest hobbistyczne strzelanie do saren, dyktują tu warunki. Mają pieniądze i władzę. Wykorzystują seksualnie kobiety, indoktrynują dzieci, poniżają wszystkich, którzy żyją inaczej niż oni i nie hołdują ich systemowi wartości.
Holland gra z widzem. Miesza konwencje, style, gatunki. Raz jej film jest gorzką komedią, zaraz później dramatem. Momentami ociera się o świadomy kicz, odbijając popkulturalne klisze.
Ale przecież wszystkie elementy tej ekscentrycznej propozycji są znane, bliskie. Jak wizja małego miasta: z jego lumpeksami, wrednawą dyrektorką szkoły, miejscowym biznesmenem czy mafioso. Przede wszystkim jednak, reżyserka bada uczucie, które towarzyszy nam coraz częściej: bezradności.

– Do nakręcenia „Pokotu”, obok wczesnej twórczości Wesa Andersona czy filmów Aki Kaurismakiego zainspirowały mnie historie o mścicielach Quentina Tarantino – komentuje autorka. – O tych, którzy pozornie są jedynie ofiarami zła.
Ale znajdują w sobie siłę by się mu postawić.
Pokot jest fascynującą przeprawą. Przez mało znaną część Polski, przygraniczne tereny, na których mieszają się wszelkiej maści outsiderzy i wyrzutkowie. Gdzie nie ma łatwych odpowiedzi na pytania o tożsamość.
Ten film jest krzykiem w obronie delikatności. Uwagi w obserwowaniu świata, która coraz częściej błędnie uznawana jest za słabość.
O ochronie najbardziej kruchych uczuć opowiada również Barry Jenkins. W Moonlight portretuje czarnoskórego Chirona w trzech okresach życia: dzieciństwie, jako nastolatka i na początku dorosłego życia. Rejestruje najważniejsze momenty jego dojrzewania. Emocje i doświadczenia, które go kształtują.
Świat Moonlight jest trudny. W getcie w Miami dla czarnoskórych dzieciaków jest jeden scenariusz na przyszłość: handel narkotykami, gangsterka. Wszelkie inne pasje w zarodku tłumi otoczenie. Pełne agresji, przemocy, bez szacunku dla inności.
Młody Chiron nie ma na kim polegać. Bo na kim? Na uzależnionej od narkotyków matce, której tylko przeszkadza w sprowadzaniu do domu facetów? Na opiekunie i przyjacielu, który okazuje mu mnóśtwo serca, ale jednocześnie sprzedaje matce narkotyki?
Jenkins nie pozwala sobie na uproszczenia. W każdym potrafi odnaleźć zarówno zadry, jak i tęsknoty i ciepło.
Reżyser opowiada o wykluczeniu, o społecznym ostracyzmie, lęku przed brakiem akceptacji. Ale przede wszystkim o kulturze siły, która potrafi jak walec zniszczyć osobowość. I o delikatności, która mimo wszystko się tli w głębi człowieka. Nawet gdy napakuje się na siłowni, założy srebrne zęby, obwiesi złotem i wozi w schowku samochodowym pistolet. Czasami cena za łatwe życie jest zbyt wielka. Coraz trudniej rozpoznaje się w lustrze samego siebie.
Współczesny świat często wybiera proste recepty na złożone problemy. Takie filmy jak Pokot i Moonlight przypominają, jak bardzo są one fałszywe.
Pewnie można wygrać wybory dzięki agresywnej, maczystowskiej wizji realiów. Ale po drodze gubi się coś ważniejszego. Uczciwość wobec siebie i świata.


