Z dr Anną Fogtman z Europejskiej Agencji Kosmicznej, gościnią specjalną Perspektywy Women in Tech Summit 2026, rozmawia Anna Rączkowska.
Kim pani chciała być jako dziecko?
Widziałam siebie w rolach sprawczych. Inspirowały mnie filmy karate, superbohaterowie, ludzie, którzy walczą ze złem i ratują świat. Chciałam być policjantką, strażaczką. To pchnęło mnie też w stronę sportu: uprawiałam lekkoatletykę w SKS-ie i miejskim klubie sportowym, pływałam, wstawałam w soboty o szóstej rano, żeby iść na basen.
W liceum byłam przekonana, że zostanę prawniczką, bo okazało się, że jestem dobra w argumentowaniu. Ale potem wciągnęła mnie nauka. Sport został ze mną do dziś - może mniej biegam, ale dużo chodzę po górach i ćwiczę na siłowni. Sport mnie relaksuje.
A kiedy zamarzyła pani o tym, żeby zostać astronautką i polecieć w kosmos?
Startowałam do programu selekcji astronautów już wtedy, kiedy pracowałam w Europejskiej Agencji Kosmicznej i zobaczyłam, że to naprawdę jest możliwe. Mam wrażenie, że wiele osób pracujących w tym sektorze choć raz myśli o locie w kosmos. Selekcja trwała kilka miesięcy.
Na czym polegała? Pewnie ważne są zdrowie i bardzo dobra kondycja…
Pracuję w medycynie kosmicznej i z medycznego punktu widzenia sama sprawność fizyczna nie ma aż tak dużego znaczenia, jak często się sądzi. Zdrowie - tak. Kondycja - wystarczy dobra. Trzeba umieć przepłynąć kilka długości basenu, żeby poradzić sobie, gdyby kapsuła wylądowała na wodzie. Trzeba mieć siłę przebiec kilka kilometrów. Ale astronauci też chorują - są przecież ludźmi.
Co dyskwalifikuje?
Na przykład ograniczone pole widzenia. W stanie nieważkości inaczej postrzegamy przestrzeń i odległości, a sam skafander dodatkowo ogranicza pole widzenia. Problemem są też choroby serca. Astronauci podczas lotu wykonują dużo treningu kardio i muszą mieć wydolność, żeby znieść dwie godziny wymagających ćwiczeń dziennie. Spacer kosmiczny, który trwa około ośmiu godzin, też jest ogromnym wysiłkiem.
Najwięcej osób odpada przez problemy ze wzrokiem i sercem. Przeszłam wstępną kwalifikację - z około 20 tysięcy osób zostało 1,5 tysiąca, w tym ja. Potem czekało mnie osiem godzin testów komputerowych. Sprawdzały angielski, matematykę, fizykę, ale też pamięć i orientację przestrzenną. Były wymagające. Niestety odpadłam na matematyce, choć podczas przygotowań szła mi dobrze. Za bardzo skupiłam się na innych obszarach, na przykład na ćwiczeniu pamięci, bo te zadania wydawały mi się szczególnie trudne.
Jakie cechy są potrzebne, żeby być astronautą?
Astronautów, niezależnie od pochodzenia, łączy bardzo mocna wiara w siebie i swoje możliwości. To ludzie, którzy się nie poddają. Porażka jest dla nich etapem w drodze do celu, nie końcem drogi. Uczą się z niej i idą dalej.
Nie chodzi o arogancką pewność siebie, tylko o realistyczne zrozumienie własnych możliwości i ograniczeń. O zaakceptowanie, że każdy popełnia błędy, i o szybkie wyciąganie z nich wniosków. W lotach kosmicznych, tak jak w nauce, porażka jest częścią procesu uczenia się.
Introwertyk czy ekstrawertyk - to ma znaczenie?
Są i tacy, i tacy. Bycie astronautą to przede wszystkim praca zespołowa. Szuka się osób, które potrafią współpracować, podejmować decyzje, ale też uznać autorytet wtedy, kiedy jest to konieczne.
W późniejszych etapach selekcji kandydaci biorą udział w zadaniach grupowych. Niektóre osoby odgrywają określone role: naciskają, prowokują, wywołują dyskomfort. Chodzi o sprawdzenie, jak kandydat lub kandydatka reaguje pod presją emocjonalną, jak odpowiada na niejednoznaczne komendy, czy potrafi poradzić sobie z dylematem moralnym.
W czasie lotu kosmicznego najbardziej decyzyjną osobą nie jest astronauta, tylko dyrektor lotu na Ziemi. To on lub ona widzi całość procesu, ma doradców i podejmuje ostateczne decyzje, również medyczne. Ochrona życia i zdrowia jest jednym z najwyższych priorytetów, ale może się zdarzyć, że żeby ochronić załogę, trzeba podjąć bardzo trudną decyzję.
Dziewczyn wciąż startuje mniej, dlaczego?
Największą barierą są stereotypy i sposób komunikacji. Często spieram się z kolegami o to, czy zaaplikowaliby na stanowisko, gdyby w ogłoszeniu było napisane: „poszukujemy programistek”. Pierwszy etap równości zaczyna się od języka i od tego, czy oferta naprawdę jest komunikowana do wszystkich.
Jeżeli jakaś rola nie istnieje w języku, wiele osób nie zobaczy w niej miejsca dla siebie. To dotyczy szczególnie dziewczynek i młodych kobiet, które dopiero wybierają ścieżkę edukacyjną albo zawodową.
Potem dochodzą bariery organizacyjne. Jeśli kobieta chce założyć rodzinę, ogromne znaczenie ma dostępność opieki nad dziećmi, elastyczne formy pracy, kultura organizacyjna i to, czy obowiązki domowe są rzeczywiście dzielone. W Niemczech, gdzie pracuję, wiele żłobków i przedszkoli działa w bardzo ograniczonych godzinach. W praktyce takie rozwiązania częściej wypychają z rynku pracy kobiety niż mężczyzn.
To nie jest wyłącznie kwestia indywidualnych decyzji. To kwestia systemu, który jedne wybory ułatwia, a inne utrudnia. Jeśli instytucje naukowe i technologiczne chcą przyciągać kobiety, muszą patrzeć nie tylko na rekrutację, ale też na warunki utrzymania talentów w dłuższej perspektywie.
Na Uniwersytecie Warszawskim studiowała pani biotechnologię.
Doktorat zrobiłam w Polskiej Akademii Nauk w Warszawie, w Instytucie Biochemii i Biofizyki. Wcześniej należałam do kolegium doktoranckiego, które niestety nie zakończyło się pracą doktorską. Przyznam, że wtedy na jakiś czas straciłam serce do nauki.
Co się stało?
Mój projekt nie został dobrze zorganizowany pomiędzy dwoma promotorami: jednym z Polski i drugim z Niemiec. W rezultacie cztery lata współpracy z dwoma zespołami naukowymi nie przyniosły oczekiwanego rezultatu i zdecydowałam się zrezygnować z kolegium. To był moment, w którym straciłam wiarę we własne możliwości. Trudno było sobie z tym poradzić.
Doktorat obroniłam dopiero później, kiedy namówiła mnie do tego badaczka, z którą wcześniej pracowałam i która zakładała własną pracownię. Ona zobaczyła we mnie potencjał. To było bardzo ważne doświadczenie: czasem jedna osoba, która potraktuje cię poważnie i zobaczy twoje kompetencje, potrafi zmienić trajektorię kariery.
Dziś myślę, że kobiety w nauce zbyt często zużywają energię nie tylko na samą pracę badawczą, ale też na udowadnianie, że w ogóle powinny być przy stole. To jest koszt, którego nie widać w CV, publikacjach ani grantach, ale on realnie wpływa na kariery.
Jak znalazła się pani w ESA?
Myślałam, że to miejsce głównie dla inżynierów, fizyków i konstruktorów. Ale moja wieloletnia koleżanka działała już w obszarach kosmicznych i jako pierwsza dostała się do ESA na kontrakt, choć jest biolożką. Zaczęłam interesować się tematem, jeździć na konferencje kosmiczne. Okazało się, że moje kompetencje pasują do medycyny kosmicznej.
Zapisałam się na newsletter ESA i zaczęłam dostawać oferty pracy. Jedna z nich pojawiła się tuż przed moją obroną doktoratu. Była dość chaotycznie napisana i szalona - trochę jak moje doświadczenie zawodowe. Pomyślałam: to może być mój profil, choć sama tematyka nie była jeszcze dokładnie moja. Poszłam na rozmowę kwalifikacyjną i zostałam.
Czym się pani zajmuje?
Zaczęłam od stażu podoktorskiego, dwuletniego kontraktu w zespole medycyny kosmicznej. Miałam rozwijać koncepcję modelu matematycznego do obliczania ryzyka zdrowotnego dla astronautów.
Zaczęłam też współpracować z zespołem Europejskiej Agencji Kosmicznej, który koordynuje badania naukowe. Moim zadaniem było połączyć świat nauki i medycyny kosmicznej: tak, żeby naukowcy wiedzieli, z jakimi wyzwaniami mierzy się medycyna kosmiczna, i proponowali projekty odpowiadające na realne potrzeby. Kiedy mój poprzednik odchodził na emeryturę, zaproponowano mi objęcie stanowiska szefowej działu ochrony radiologicznej.
Środowisko, w którym pani pracuje, jest otwarte na kobiety?
Sektor kosmiczny, podobnie jak wiele obszarów nauki i technologii, długo był budowany głównie przez mężczyzn. To zostawia ślad w kulturze organizacyjnej, sposobie komunikacji, nieformalnych sieciach wpływu i w tym, kto bywa automatycznie uznawany za eksperta.
Nie chodzi o to, że wszędzie spotyka się otwartą wrogość. Częściej są to subtelne mechanizmy: czyj głos jest szybciej uznawany za wiarygodny, komu częściej przerywa się na spotkaniach, czyje pomysły są później przypisywane komuś innemu, kto dostaje widoczność, a kto musi o nią wielokrotnie zabiegać.
W Polsce częściej spotykałam się z bardziej bezpośrednimi formami seksizmu. Za granicą częściej widać mechanizmy mniej jawne, trudniejsze do uchwycenia. One są mniej spektakularne, ale potrafią być bardzo obciążające, bo działają długo i systemowo.
Może pani podać przykład?
Wyobraźmy sobie spotkanie eksperckie. Kobieta przedstawia opinię albo odpowiada na pytanie, bo ma wiedzę w danym obszarze. Reakcja jest słaba albo żadna. Po chwili tę samą myśl powtarza ktoś inny i dopiero wtedy zostaje potraktowana jako istotna. To znany mechanizm w wielu środowiskach zawodowych, nie tylko w sektorze kosmicznym.
Dlatego tak ważni są sojusznicy i sojuszniczki. Jeśli na spotkaniu ktoś powtarza cudzą myśl, można powiedzieć: „Dobrze, że wracamy do punktu, który przed chwilą podniosła Kate”. To drobna interwencja, ale ona przywraca autorstwo i widoczność.
Czy takie rzeczy można zgłaszać? Są procedury? HR?
Są procedury antymobbingowe i antydyskryminacyjne. One są potrzebne, ale nie zawsze dobrze radzą sobie z tym, co jest miękkie, rozproszone i powtarzalne. Mansplaining, pomijanie w dyskusji, przejmowanie pomysłów, wykluczanie z nieformalnego obiegu informacji - to zjawiska trudne do uchwycenia jedną skargą.
Dlatego potrzebne są nie tylko procedury, ale też kultura organizacyjna: jasne zasady prowadzenia spotkań, transparentne kryteria awansu, świadome przywództwo i reagowanie na drobne wzorce zanim staną się normą.
A może to po prostu konkurencja w bardzo ambitnym środowisku?
Konkurencja oczywiście istnieje. Nauka i sektor kosmiczny są bardzo wymagające. Ale badania nad organizacjami pokazują, że konkurencja nie działa na wszystkich tak samo. Inaczej odczytuje się pewność siebie u mężczyzn, inaczej u kobiet. Inaczej interpretuje się ambicję, stanowczość czy gotowość do zabierania głosu.
Problemem nie są pojedyncze osoby, tylko powtarzalne wzorce: kto jest częściej słuchany, kto częściej otrzymuje kredyt zaufania, kto musi udowadniać kompetencje od początku przy każdym nowym projekcie. To są mechanizmy, które mogą osłabiać różnorodność w nauce i technologii.
Zawsze się zastanawiam, czy to natura, czy kultura.
Moim zdaniem przede wszystkim kultura. Oczywiście jesteśmy organizmami biologicznymi, rządzą nami hormony i fizjologia, ale mamy też mózgi, instytucje, edukację, normy społeczne. Latamy na Księżyc, więc naprawdę możemy też nauczyć się równego traktowania ludzi w miejscu pracy.
Dlaczego to ważne, żeby kobiety pracowały w ESA? Jaki to ma wpływ na osiągnięcia, wynalazki, pomysły?
Monokulturowe i jednopłciowe środowisko nie widzi pełnego spektrum problemów. Jeśli chcemy wysyłać ludzi w kosmos, musimy rozumieć różne ciała, różne potrzeby i różne doświadczenia.
To bardzo praktyczne. Trzeba projektować skafandry pasujące do różnych sylwetek. Trzeba projektować systemy higieniczne i toalety, które działają dla kobiet i mężczyzn. Trzeba uwzględniać menstruację, różnice anatomiczne, różnice fizjologiczne, a także to, jak różne organizmy reagują na izolację, promieniowanie czy mikrograwitację.
Nie chodzi o poprawność polityczną. Chodzi o jakość nauki, bezpieczeństwo misji i dobre projektowanie. Jeśli w zespole nie ma różnorodności, część problemów zostanie zauważona za późno.
A jeśli ktoś powie: niech kobiety nie latają, skoro to komplikuje projektowanie?
To byłby absurdalny wniosek. Celem eksploracji kosmosu nie jest wygoda projektantów, tylko rozwój wiedzy i technologii dla ludzkości. Kobiety są połową ludzkości. Jeśli publiczne pieniądze, także z kieszeni kobiet, finansują badania i technologie kosmiczne, to te technologie muszą uwzględniać wszystkich.
Zajmuje się pani wpływem kosmicznego promieniowania jonizującego na organizm człowieka. Kiedyś, na podstawie ograniczonych danych, uznano, że może ono działać gorzej na kobiety niż na mężczyzn. Czy to mogło być używane jako argument przeciwko kobietom w kosmosie?
W pewnym momencie NASA poprosiła o ewaluację takiego podejścia amerykańską National Academy of Sciences. Wniosek był taki, że danych jest za mało, żeby na tej podstawie ograniczać kobietom możliwość udziału w misjach kosmicznych.
Promieniowanie jonizujące może zwiększać ryzyko nowotworów, ale to nie jest jedyny możliwy skutek. Badamy też wpływ na układ sercowo-naczyniowy, centralny układ nerwowy, funkcje poznawcze czy zdrowie psychiczne. Niektóre badania sugerują, że w wybranych aspektach mężczyźni mogą być bardziej podatni na określone skutki neurologiczne. To pokazuje, jak niebezpieczne są proste wnioski oparte na niepełnych danych.
W medycynie kosmicznej nie chodzi o to, żeby tworzyć argumenty wykluczające którąkolwiek grupę. Chodzi o zrozumienie ryzyka i zarządzanie nim w sposób możliwie precyzyjny.
Jakie jeszcze zagrożenia wynikają z promieniowania?
Promieniowanie kosmiczne jest zróżnicowane, pochodzi z różnych źródeł i jesteśmy na nie narażeni przez cały czas trwania misji. Różne rodzaje cząstek i energii oddziałują na tkanki w różny sposób. Nie jesteśmy w stanie całkowicie się przed tym ochronić, dlatego mówimy raczej o zarządzaniu ryzykiem niż o jego eliminacji.
Ograniczamy ekspozycję przez osłony, planowanie trajektorii lotu, monitorowanie dawek i ograniczanie czasu spędzanego w przestrzeni kosmicznej. Ale konsekwencje mogą pojawić się po wielu latach od powrotu na Ziemię. Mogą też nie pojawić się wcale. To wszystko jest probabilistyczne.
Co może się wydarzyć?
Dużo zależy od indywidualnych predyspozycji, choć astronauci zwykle reprezentują zdrowszą część populacji. Nie wykonujemy rutynowo badań genetycznych, ale bardzo dokładny screening kliniczny pozwala wyłapać osoby szczególnie narażone.
Promieniowanie jonizujące może uszkadzać tkanki, między innymi tkankę serca czy mózgu. Może wpływać na pamięć, orientację przestrzenną, funkcje poznawcze i zdrowie psychiczne. Efekty dotyczące centralnego układu nerwowego są jednymi z najmniej poznanych, a jednocześnie bardzo nas niepokoją. Podczas misji można mieć fizjologicznie zdrowego człowieka, ale jeśli pojawią się zaburzenia poznawcze, może to zagrozić całej załodze.
Problemem jest mała ilość danych. W kosmosie było dotąd stosunkowo niewiele osób. Najdłuższe misje trwały ponad rok, ale takich przypadków jest za mało, żeby wyciągać mocne wnioski epidemiologiczne. Wielu astronautów wciąż żyje, więc nie znamy jeszcze wszystkich możliwych długoterminowych konsekwencji. Poza tym na wyniki nakładają się inne czynniki: mikrograwitacja, izolacja, stres, zaburzenia snu, intensywny trening.
Tyle niewiadomych, a jednak tak wiele osób chce polecieć w kosmos.
Ryzyko jest duże, ale proszę sobie wyobrazić, że jest pani jedną z kilku osób na Ziemi, które mogą zobaczyć drugą stronę Księżyca. Albo że może pani zobaczyć coś, czego nikt wcześniej nie widział, i to zmieni sposób myślenia o jakimś problemie naukowym.
Dla wielu osób, zwłaszcza naukowców, to doświadczenie jest warte ryzyka. Kosmos jest jednym z najbardziej wymagających środowisk, jakie znamy, ale właśnie dlatego tak wiele nas uczy - o technologii, biologii, medycynie i o nas samych.
Co powiedziałaby pani dziewczynom i kobietom, które interesują się kosmosem, ale nie widzą tam miejsca dla siebie?
Żeby nie zakładały z góry, że sektor kosmiczny jest tylko dla inżynierów rakietowych. Potrzebni są biolodzy, lekarze, psychologowie, specjaliści od danych, projektantki, prawniczki, ekspertki od komunikacji, osoby od zarządzania projektami, materiałoznawstwa, robotyki, sztucznej inteligencji, ochrony środowiska.
Kosmos jest interdyscyplinarny. Jeśli ktoś ma ciekawość, kompetencje i gotowość uczenia się, może znaleźć w nim miejsce. Dziewczyny często czekają, aż będą spełniały wszystkie wymagania z ogłoszenia. Nie warto czekać. Trzeba aplikować, próbować, szukać mentorów i środowisk, które traktują kompetencje poważnie.
Nie potrzebujemy kobiet w kosmosie po to, żeby poprawić statystyki. Potrzebujemy ich, bo bez nich nauka jest mniej kompletna.
Anna Fogtman
Pracuje w Europejskiej Agencji Kosmicznej, współpracowała przy misji Artemis II. Zajmuje się wpływem promieniowania jonizującego na organizm człowieka. Kiedyś, jak niemal każdy, kto interesuje się kosmosem, marzyła, żeby zobaczyć na własne oczy drugą stronę Księżyca. Nie została astronautką, ale dziś pracuje z astronautami.


