Jeszcze niedawno odpowiedź na pytanie „gdzie studiować za granicą?” często prowadziła do Londynu, Bostonu czy Nowego Jorku. Dziś na tej mapie coraz mocniej widać Madryt, Mediolan, Lizbonę czy Zurych. Nie chodzi jednak o nagłą utratę atrakcyjności amerykańskich i brytyjskich uczelni. Raczej o to, że europejska konkurencja zaczęła oferować studentom coś, czego coraz trudniej znaleźć w tradycyjnych edukacyjnych potęgach: dobrą uczelnię, program po angielsku i względnie rozsądne koszty.
W 2026 roku uniwersytety w Australii, Kanadzie i Holandii odnotowały znaczące spadki w międzynarodowych rankingach. Winą za to obarcza się restrykcyjne polityki wizowe oraz limity przyjęć studentów zagranicznych, które ograniczają liczbę międzynarodowej kadry, utrudniają współpracę naukową i osłabiają reputację uczelni na świecie.
Według raportu Swedish Council for Higher Education liczba aplikacji na studia magisterskie w Szwecji osiągnęła rekord na semestr jesienny 2026. Podobny trend obserwuje Lund University. Liczba zgłoszeń w całym kraju wzrosła o 9% w porównaniu z ubiegłym rokiem, przekraczając 109 tys., głównie w programach STEM.
Nie wystarczy powiedzieć, że zrobiliśmy duży postęp i że polski świat akademicki jest bardziej obecny w międzynarodowym obiegu myśli i talentów. Trzeba też zapytać, co dalej i czy ten wysiłek przyniesie konkretne efekty, skoro świat się nacjonalizuje i każdy dostrzega tylko własne poletko. Na pewno jest ryzyko, że te tendencje będą dotykać coraz mocniej świata nauki – o zmianach, jakie zaszły w obszarze umiędzynarodowienia, pisze dr Zofia Sawicka z SIRIS Academic S.L., wieloletnia wicedyrektor Narodowej Agencji Wymiany Akademickiej.
© 2026 Perspektywy.pl O nas | Polityka Prywatności | Znak jakości | Reklama | Kontakt | E-booki | Ustawienia prywatności