REKLAMA


REKLAMA


REKLAMA


REKLAMA


REKLAMA


REKLAMA


REKLAMA


REKLAMA


W Ameryce panuje zwyczaj, że młodzi ludzie po ukończeniu 18 lat, czyli zazwyczaj po średniej szkole, wynoszą się z rodzinnego gniazda. Ci, którzy wybierają studia trafiają z reguły do prowadzonego przez uczelnię (college) domu studenckiego. Amerykanie generalnie są nieporównanie bardziej mobilni niż Europejczycy, a młodzieży dotyczy to szczególnie.

Kończąc szkołę, młodzi Amerykanie starają się o przyjęcie do kilku uczelni. Przy wyborze liczy się, jaka to jest uczelnia i co oferuje, a nie to, czy leży nad Atlantykiem, Pacyfikiem czy Wielkimi Jeziorami. Dlatego w najlepszych uczelniach można spotkać studentów ze wszystkich stanów.

Najpopularniejsze studia pierwszego stopnia, czyli w colleg’u, trwają cztery lata. Te cztery lata to lata spędzone w akademiku. Pokoje w amerykańskich akademikach są najczęściej dwuosobowe. I tu zaczyna się problem dotyczący tego, kto z kim ma dzielić życie w jednym pokoju. Część uczelni pozwala studentom samym dobierać sobie współlokatorów, ale są też uczelnie, które same dokonują wyboru uważając, że zmuszanie dzieci z bardzo odmiennych środowisk, grup etnicznych i klas ekonomicznych do życia w bliskim sąsiedztwie, to jedna z zalet uczelni z internatem. Jest to niwelator społeczny oferujący swoistą edukację. Może to prowadzić do sytuacji konfliktowych, ale to także jest niezbędne w przygotowaniu młodych ludzi do życia. To ważna część nauki dogadywania się.

Natomiast Julie Lythcott-Haims, która była dziekanem na prestiżowym Uniwersytecie Stanforda dodaje: „Jeśli ludziom pozwoli się wybierać współlokatorów, w naturalny sposób odcinają się oni od najważniejszych dostępnych zajęć, czyli dorastania na pierwszym roku z kimś, kto jest inny niż ty”.

Mieszkanie w akademiku może nie jest szczytem wygody, ale jest to dla niejednego młodego człowieka kawał bardzo potrzebnej nauki życia z innymi, jak również często źródłem przyjaźni i wspomnień na całe życie.

Opr. KB

Źródło: nytimes.com