- Ktoś, kto rozważał pracę w zawodzie pielęgniarki i miał do tego predyspozycje, może pomyśleć: po co? Może pójdę na medycynę, skoro mam taki wybór? - mówi o nowo otwieranych kierunkach lekarskich w rozmowie z RadioZET.pl prof. Zbigniew Gaciong, rektor Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.
Pełny wywiad z rektorem:
Aleksandra Pucułek: - Akademia Nauk Stosowanych w Poznaniu, w Nowym Sączu, Podhalańska Państwowa Uczelnia Zawodowa w Nowym Targu. A zaledwie kilka tygodni temu Akademia WSB w Dąbrowie Górniczej. To tylko niektóre szkoły wyższe, które dostały w tym roku pozwolenie na otworzenie kierunku lekarskiego. Skala jest ogromna. Może mi pan profesor wyjaśnić dlaczego? Po co aż tak rozszerzana jest lista uczelni mogących kształcić lekarzy?
Prof. Zbigniew Gaciong, Rektor Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego: - Nie wiem, chociaż oczywiście kwestia otwierania nowych kierunków jest nam – Konferencji Rektorów Uczelni Medycznych - doskonale znana. Tworzenie kierunków lekarskich podlega szczegółowym przepisom, które określają treści i formy kształcenia przyszłych lekarzy. Nowe zasady wprowadzone dwa lata temu pozwalają na otwieranie medycyny na uczelniach, które nie mają doświadczenia w prowadzeniu kierunków medycznych.
Co prawda Polska Komisja Akredytacyjna ocenia przygotowanie i możliwości takich uczelni, ale nawet jeśli udzieli rekomendacji negatywnych, to taka opinia nie jest wiążąca dla organów udzielających zgód na tworzenie kierunku lekarskiego. My jako KRAUM przygotowaliśmy wytyczne, które mogą być przez uczelnie rozpoczynające kształcenie lekarzy użyte jako wskazówki. Zresztą też pomagamy tym, którzy się o to zwracają. Mamy podpisane umowy o współpracy z Uniwersytetem Warszawskim, Uniwersytetem im. Kardynała Stefana Wyszyńskiego. Żadna z tych uczelni nie byłaby w stanie uruchomić i prowadzić takiego kierunku bez nas.
Ministerstwo Edukacji i Nauki, Ministerstwo Zdrowia otwieranie kolejnych kierunków lekarskich tłumaczą przede wszystkim brakami kadrowymi. Jest aż tak źle?
- Minister Zdrowia powołał zespół zajmujący się oceną zapotrzebowania na kadry medyczne, w którym się znalazłem. Jeśli chodzi o średnią liczbę lekarzy przypadającą na liczbę mieszkańców, to jesteśmy w środku OECD (Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju, która skupia ponad 30 państw). Wcale nie na samym końcu listy.
Problem jest w rozmieszczeniu lekarzy, bo pracują oni głównie w dużych miastach. Po drugie mamy niedostatki kadrowe w podstawowej opiece zdrowotnej. W Polsce tylko 9 proc. lekarzy to lekarze medycyny rodzinnej, w Europie - 20 proc. Wciąż słyszy się, że największym problemem jest utrudniony dostęp do specjalistów. To nie do końca prawda. Większość pacjentów nie wymaga opieki specjalistycznej. Ich problemami mógłby się zająć lekarz rodzinny. Należałoby go jedynie wyposażyć w odpowiednie możliwości, np. dostęp do szeregu procedur diagnostycznych i zmienić zasady finansowania.
Nie lepiej powiększyć limity miejsc na uczelniach, które już mają kadrę, bazę, doświadczenie w kształceniu lekarzy?
- Oczywiście, że lepiej. Pewnie byłoby to o wiele tańsze rozwiązanie, jeśli przeliczy się koszty tworzenia nowych kierunków lekarskich. Tylko my też mamy ograniczone możliwości. Chociaż łatwo moglibyśmy je poszerzyć, gdyby np. nasza uczelnia korzystała z tzw. bazy obcej, czyli szpitali miejskich, marszałkowskich, resortowych. Z niektórymi mamy podpisane umowy na nauczanie, ale można to rozszerzyć. Od lat stawiam postulat stworzenia instytucji tzw. szpitala uczącego.
W tej chwili praktycznie każdy szpital może prowadzić szkolenie pospecjalizacyjne. Czyli kształcić lekarzy specjalistów, zatrudniać rezydentów, przyjmować stażystów. Szpitale o taką możliwość zabiegają, ale nie chcą wpuszczać studentów. Tymczasem kształcenie w zawodach medycznych jest procesem ciągłym, przed dyplomem i po. Uzyskanie dyplomu nie kończy tego procesu.
Jeśli szpital nie chce, czy nie potrafi kształcić studentów, to czy przygotuje dobrych specjalistów? Gdybym był dyrektorem szpitala, to chętniej zatrudniałbym osoby, które miały już kontakt z moją placówką, bo miałbym wiedzę na ich temat. To wydaje się naturalne, logiczne, ale u nas to nie działa. To pewien paradoks.
Dlaczego uczelnie nie mające często nic wspólnego z medycyną, starają się w ogóle o otworzenie kierunku lekarskiego?
- Prestiż.
Koszty nie są większe niż zyski z prestiżu?
- Uczelnie dostają zazwyczaj dofinansowanie od władz lokalnych, resortu, więc mogą liczyć na duże wsparcie. Gdyby je przeznaczyć na funkcjonujące jednostki, to na pewno jakość kształcenia byłaby znacznie większa. Pewnie działa tu też ambicja władz lokalnych, polityków z danego regionu, którzy są często inicjatorami tego przedsięwzięcia i bardzo mocno go potem wspierają i lobbują za nim.
Czy uczelnia, która pod koniec lipca dostała pozwolenie na uruchomienie kierunku lekarskiego, jest w stanie od października przyjąć studentów?
- Jest to technicznie wykonalne. Jeśli chce zrekrutować 50 studentów, to pewnie w ciągu miesiąca da radę to zrobić.
Tylko to może oznaczać, że do takich uczelni zostaną przyjęte osoby z gorszymi wynikami. Np. wzięły udział w rekrutacji na WUM. Nie dostały się, po czym mogą aplikować na uczelnię, która dopiero rusza z naborem. Inaczej nie studiowałyby medycyny.
- To skutkuje jeszcze czymś innym. Na przykład ktoś, kto rozważał pracę w zawodzie pielęgniarki i miał do tego predyspozycje, może pomyśleć: po co? Może pójdę na medycynę, skoro mam taki wybór, a to jednak większy prestiż i zarobki? Pytanie też, czy nowo istniejące uczelnie opuszczą studenci o podobnej wiedzy i umiejętnościach. Lekarski Egzamin Końcowy, niestety, stracił funkcję kryterium weryfikującego jakość absolwentów. Ale oceni to rynek pracy. Przy tak masowym kształceniu za 5,10 lat pojawi się rynek pracodawcy, który będzie preferował absolwentów najlepszych uczelni..
Rekrutacje organizowane błyskawicznie, kompletowanie kadry w pośpiechu, pracownie w budowie, jeżdżenie na zajęcia czasem 200 km do innych miast do szpitala. Trochę przypomina to prowizorkę.
- Jeżdżenie do innych miast nie jest do końca takim złym pomysłem. Jako student jeździłem na zajęcia do wszystkich warszawskich szpitali od Bielańskiego aż do Konstancina, z wyjątkiem Bródna. Dla mnie jako studenta to było cenne doświadczenie. Zwłaszcza, że tamtejsi lekarze naprawdę chcieli nas uczyć. Tylko w szpitalu musi być ktoś, kto będzie chciał i umiał studenta czegoś nauczyć. Mam nadzieję, że takie osoby znajdą się w nowych placówkach.
Poleciłby pan komuś studia lekarskie na którejś uczelni, która właśnie otwiera medycynę?
- Rekomendowałbym jednak studiowanie na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym, bo ma doświadczenie, osiągnięcia i piękną tradycję.
Źródło: https://wiadomosci.radiozet.pl


