REKLAMA


REKLAMA


REKLAMA


REKLAMA


REKLAMA


REKLAMA


REKLAMA


REKLAMA


Czy na jednym z najbardziej prestiżowych uniwersytetów świata zwykłe angielskie zwroty zaczynają być problemem? Uniwersytet Oksfordzki przypomina pracownikom, by pisali prostym językiem i unikali wyrażeń, które mogą być niezrozumiałe dla studentów zagranicznych. Niby rozsądnie, ale sprawa wywołała dyskusję o granicach językowej poprawności.

Na celowniku znalazły się popularne idiomy, takie jak learn the ropes („poznać zasady”), find your feet („odnaleźć się w nowej sytuacji”) czy blind spots („obszary, których nie dostrzegamy”). Uczelnia zaleca również stosowanie bardziej neutralnych określeń, np. humankind zamiast mankind.

Tyle że krytycy pytają: czy troska o zrozumiałość nie posuwa się za daleko? Free Speech Union, organizacja broniąca wolności słowa, zwraca uwagę na paradoks. Zagraniczni studenci przyjeżdżają do Wielkiej Brytanii nie tylko po dyplom, ale również po to, by poznać brytyjską kulturę i nauczyć się żywego języka. A trudno go poznać, jeśli zaczniemy usuwać z niego wszystko, co może sprawić trudność.

Szef organizacji, Lord Young of Acton, zareagował ironią, sugerując, że kolejnym krokiem może być prowadzenie wszystkich wykładów w esperanto. Oksford odpowiada, że jego poradnik ma pomagać w jasnym pisaniu, a zalecenia dotyczące języka inkluzywnego nie są bezwzględnymi nakazami.

I tu pojawia się zasadnicze pytanie: czy w imię dostępności nie zaczynamy pozbawiać języka jego charakteru? Bo język to nie tylko narzędzie komunikacji. To także kultura, historia i humor. Idiomy bywają trudne, ale właśnie dlatego warto je poznawać. 

Opr. MTA

freespeechunion.org