REKLAMA


REKLAMA


REKLAMA


REKLAMA


REKLAMA


REKLAMA


REKLAMA


REKLAMA


Australijskie uniwersytety znalazły się w centrum uwagi, jeśli chodzi o bezpieczeństwo badań i możliwą ingerencję obcych państw. Jak podaje dziennik The Australian, pojawiły się ostrzeżenia, że niektórzy ludzie mogą zapisywać się na studia nie po to, żeby się uczyć, ale żeby zdobyć dostęp do wrażliwych danych badawczych albo nawiązać kontakty przydatne dla służb wywiadowczych.

Na szczególną uwagę zasługuje James Cook University, który wprowadził program edukacyjny z zakresu cyberbezpieczeństwa dla studentów. Chodzi o to, żeby studenci byli świadomi zagrożeń, takich jak kradzież danych, manipulacja, próby werbunku czy nieautoryzowany dostęp do wyników badań. Uczelnia podkreśla, że środowisko akademickie, które jest otwarte i międzynarodowe z natury, może być łatwym celem dla takich działań.

„Fałszywi studenci” mogą próbować wtopić się w życie akademickie, zdobyć zaufanie kolegów i wykładowców, a potem wyciągać informacje o projektach badawczych. Takie działania wpisują się w większy kontekst rywalizacji technologicznej i gospodarczej między państwami, gdzie wiedza naukowa jest na wagę złota.

Australijskie służby współpracują z uniwersytetami, ostrzegając przed ryzykiem wycieków informacji i nieświadomego wplątania się studentów w działania przestępcze lub wywiadowcze. Problem nie dotyczy jednej narodowości czy jednej uczelni – jest systemowy i wymaga ostrożności w kontaktach międzynarodowych.

Nie chodzi tylko o klasyczne szpiegostwo. Studenci mogą też paść ofiarą oszustw online, fałszywych ofert pracy czy prób wyłudzenia danych logowania do systemów uniwersyteckich. W dzisiejszych czasach, w dobie globalizacji i cyfryzacji, uniwersytety to już nie tylko miejsca wolnej wymiany myśli, ale też obszary zainteresowania dla tych, którzy chcą zdobyć przewagę informacyjną. Australijskie uczelnie starają się więc znaleźć balans między otwartością a ochroną strategicznych badań.

Opr. MTA

theaustralian.com