REKLAMA


REKLAMA


REKLAMA


REKLAMA


REKLAMA


REKLAMA


REKLAMA


REKLAMA


W poniedziałek 28 kwietnia 1986 roku usłyszałem w wieczornym dzienniku telewizyjnym informację o awarii w Czarnobylskiej Elektrowni Atomowej. Było to dla mnie szokiem. Wychowałem się, podobnie jak większość kolegów z roczników urodzonych w pierwszej połowie lat pięćdziesiątych, w zafascynowaniu możliwościami, jakie otworzyła przed człowiekiem rewolucja naukowo-techniczna. Żeby być bliżej jej procesów, ukończyłem nawet w swoim czasie studia na Wydziale Elektroniki Politechniki Warszawskiej. Wybrałem ostatecznie zawód dziennikarza, ale zaufanie do nauki i techniki pozostało. Komunikat o wybuchu IV bloku położył na tej fascynacji cień. Zacząłem zbierać wszystkie publikacje, jakie na temat Czarnobyla ukazywały się lawinowo na Wschodzie i Zachodzie. Dotarcie do prawdy o katastrofie stało się dla mnie w pewnym momencie nie tylko dziennikarskim obowiązkiem, ale również sprawą jak najbardziej osobistą.

Po raz pierwszy wjechałem w trzydziestokilometrową strefę zamkniętą wokół Czarnobylskiej Elektrowni Atomowej 16 kwietnia 1987 roku. Potem wjeżdżałem w „zonę" wielokrotnie, m.in. jako jeden z dziesięciu dziennikarzy zagranicznych, w tym jedyny Polak, uczestniczyłem w Czarnobylu w procesie winnych awarii. W sumie, żeby zebrać materiały do tego reportażu, przebywałem w Związku Radzieckim siedem tygodni.

Aby zrekonstruować przebieg wydarzeń związanych z największą awarią w trzydziestoletniej historii energetyki atomowej, rozmawiałem z setkami osób: z inżynierami, którzy byli w elektrowni podczas wybuchu reaktora, ze strażakami, którzy gasili pożar, z żołnierzami zajmującymi się dezaktywacją terenu. z przedstawicielami władz partyjnych i administracyjnych. W Moskwie dotarłem do wiceprzewodniczącego komisji państwowej do spraw awarii, na Białorusi i Ukrainie spotykałem się z wicepremierami i ministrami.

Byłem w samej elektrowni; dotarłem tak blisko, jak tylko można, do sarkofagu skrywającego szczątki reaktora IV bloku. Byłem w radzieckich instytutach badań jądrowych oraz w szpitalach i placówkach naukowych, zajmujących się medycznymi konsekwencjami katastrofy. Mieszkałem w Zielonym Mysie - nowym osiedlu zbudowanym dla przyjeżdżających na dwutygodniowe wachty czernobylskich energetyków. Odwiedziłem wioski na Ukrainie i Białorusi zbudowane w ciągu kilku tygodni dla tysięcy osób ewakuowanych ze skażonej strefy...

Napisałem książkę „Czarnobyl. Od katastrofy do procesu”, opublikowałem wiele reportaży w „Polityce” i „Sztandarze Młodych”, obsługiwałem dla Polskiej Agencji Prasowej proces czarnobylski…

Przypadające na sobotę 26 kwietnią 40-lecie czarnobylskiej katastrofy skłania do wielu refleksji. Kolegów u uczelni technicznych może zainteresuje poniższa obserwacja:

Moim zdaniem, Czarnobyl wyznaczył swoistą linię graniczną w historii rozwoju nauki i techniki. Do tej pory byliśmy świadkami „rozwoju poprzez katastrofy". Najbardziej było to widoczne w wiekach średnich, gdy kapitanowie sami byli budowniczymi swoich okrętów. Zły konstruktor tonął, dobry zostawał i - upraszczając - tak odbywał się postęp. Do momentu awarii w Czarnobylu nic się właściwie w tej filozofii nie zmieniło. Złe samoloty spadały - budowano lepsze. Źle skonstruowane budynki zawalały się - budowano lepsze. Koszty ludzkie takiego rozwoju przyjmowano za nieuniknione.

Czarnobyl pokazał jednak, iż człowiek stworzył tak potężne urządzenia i systemy inżynieryjne, że ich awaria może być równoznaczna z zagładą ludzkości. Energetyka jądrowa już się poprzez katastrofy rozwijać nie może! Dotyczy to nie tylko energetyki atomowej, ale również dużych systemów komputerowych sterujących ruchem lotniczym w skali kontynentów, systemów technicznych zabezpieczających funkcjonowanie wielkich miast, przedsiębiorstw przemysłu chemicznego i biotechnologii.

Czarnobyl pokazał, że nie wystarczy już dzisiaj zbudować system technologiczny, pracujący z niewyobrażalną nawet aktualnie niezawodnością 0,9999... Trzeba nauczyć się budować takie systemy, które jeśli nawet ulegną awarii, to z racji swej wewnętrznej konstrukcji zapewnią to, że awaria nie zdoła przekształcić się w katastrofę.

 

Waldemar Siwiński