REKLAMA


REKLAMA


REKLAMA


REKLAMA


REKLAMA


REKLAMA


REKLAMA


REKLAMA


Waldemar Siwiński jest jedynym polskim dziennikarzem, który w rok po katastrofie w Czarnobylskiej Elektrowni Atomowej rozmawiał w Moskwie z prof. Walerym Legasowem, wicedyrektorem Instytutu Kurczatowa i członkiem komisji rządowej ds. katastrofy. Zapis tej rozmowy został opublikowany na łamach gazety "Sztandar Młodych", z datą 3-5 lipca 1987 rok. Poniżej przedruk tego wywiadu:

26 kwietnia 1986 roku, w sobotę, o godzinie 1 minut 24 przez halę bloku nr IV Czernobylskiej Elektrowni Atomowej przewalił się huk eksplozji, a w niebo nad elektrownią wystrzelił słup ognia. Wydarzyło się to, co „nie mogło" się wydarzyć. W ciągu kilku godzin czernobylska awaria postawiła na nogi różnorodne służby w całym Związku Radzieckim. Po dwóch dniach o Czernobylu zaczął mówić cały świat.

Jednym z głównych uczestników rozwiniętej wówczas akcji ratunkowej, nie mającej sobie równej w historii techniki, był akademik Walery Legasow — pierwszy zastępca dyrektora Instytutu Energii Atomowej im. I. Kurczatowa w Moskwie. Kilka danych biograficznych: rocznik 1936, specjalista w dziedzinie technologii jądrowej i specjalnych materiałów dla fizyki i chemii, laureat Nagrody Leninowskiej i Nagrody Państwowej ZSRR. Równolegle z pracą w instytucie, jednym z największych w ZSRR, prowadzi wykłady w Uniwersytecie Moskiewskim.

W wyniku tradycyjnie organizowanego na Zachodzie konkursu „Człowiek roku" Walery Legasow trafił do dziesiątki najbardziej znanych osób, będących w centrum uwagi światowej opinii publicznej w roku 1986.

W filmie dokumentalnym radzieckiej TV pt. Ostrzeżenie widzimy W. Legasowa w pierwszych dniach po awarii. Idąc szybkim krokiem, wyjaśnia sytuację panującą w IV bloku.

Mówi szybko, precyzyjnie, zdecydowanie. Tak mówią ludzie, którzy znają cenę czasu i cenę słowa. I akademik, i prawie biegnący za nim dziennikarz z mikrofonem, mają na sobie białe ubrania ochronne, białe czapki, zsunięte na szyję białe maseczki — obowiązkowy strój wszystkich znajdujących się wówczas na terenie elektrowni.

Rok później spotkałem się z akademikiem Walerym Legasowem w jednej z willi znajdujących się na terenie moskiewskiego Instytutu Energii Atomowej, w pobliżu niewielkiego gmachu, w którym 26 grudnia 1946 roku Igor Kurczatow „rozpalił" pierwszy w Europie stos atomowy.

Kiedy dowiedział się Pan Profesor o awarii w Czernobylu?

— Wybuch w IV bloku nastąpił o godzinie 1.24 w nocy. Od razu, według obowiązującej w ZSRR procedury, powiadomiono o tym wszystkie szczeble hierarchii. Informacje przekazywano telefonicznie w postaci zaszyfrowanych haseł. Dyżurny Ministerstwa Energetyki ma spis ludzi, których należy w takich wypadkach zaalarmować. Już w trzy godziny po awarii pierwsza grupa specjalistów odleciała z Moskwy do Czernobyla i rozpoczęła tam swoją działalność.

Ja w sobotę rano byłem na zebraniu aktywu partyjno-gospodarczego. Już wcześniej znajomi zawiadomili mnie telefonicznie o awarii, ale nie znałem jeszcze jej skali. O godzinie 12.00 dowiedziałem się, że jestem w składzie komisji rządowej. O 16.00 dziesiątka członków naszej komisji odleciała samolotem „Jak 40" z Moskwy do Kijowa. O godzinie 20.00 podjeżdżałem już pod Pripiat.

Naszym pierwszym zadaniem było zorientowanie się w sytuacji. Bo wprawdzie informacja o awarii została przekazana bardzo szybko, ale była ona niepełna, a nawet jakby zawierała sprzeczności. Na przykład wspomniano, że po awarii reaktor jest rozchładzany, a to znaczyłoby, że można nim sterować. Zorientować się z Moskwy o skali tego, co się zdarzyło, było niemożliwe.

Po przyjechaniu do Pripiati, miasta energetyków zbudowanego 6 kilometrów od elektrowni, zatrzymaliśmy się w budynku władz miejskich. Wysłuchaliśmy ogólnych informacji o sytuacji, po czym szef komisji rządowej, wicepremier Borys Szczerbina, podzielił nas na grupy. Podjechałem w pobliże elektrowni. Był wieczór, księżyc, bezchmurne niebo. Zobaczywszy łunę nad reaktorem, jakby malinową zorzę, zacząłem domyślać się, jaki jest charakter tego, co się wydarzyło.

O 22.00 znowu zebraliśmy się w poszerzonym składzie komisji rządowej. Podjęliśmy wówczas między innymi decyzję o ewakuacji 45 tysięcy mieszkańców Pripiati. Odpowiednie służby zaczęły informowanie ludzi, żeby nie wychodzili z domów i zamykali okna. O północy w odległym o 130 kilometrów Kijowie rozpoczęto formowanie kolumny złożonej z tysiąca dwustu autobusów. Ustawiały się one jeden za drugim na poboczu szosy wylotowej w kierunku na Czernobyl. Kierowcy dostali suchy prowiant.

27 kwietnia, w niedzielę, o godzinie 11.00 poinformowano oficjalnie mieszkańców miasta o zasadach ewakuacji. O godzinie 14.00 pod każdą klatkę schodową podjechał autobus. Tuż po 16.00 wyjechali ostatni mieszkańcy Pripiati. Mieli już tu nie wrócić... W mieście pozostali tylko uczestnicy akcji ratunkowej i służby porządkowe.

Co się w tych pierwszych godzinach działo w samej elektrowni?

— Personel elektrowni świetnie radził sobie z blokami pozostałymi. III blok bezawaryjnie wyłączono z eksploatacji. Przygotowywano do wyłączenia i ochłodzenia blok II i I. Ale nie bardzo wiedziano, co robić z blokiem IV. Musiała wziąć to na siebie komisja rządowa. Ponieważ brak było krótko żyjących izotopów, powstających przy rozpadzie jądrowym, takich jak jod-134, uznaliśmy, że podczas wybuchu przestała istnieć masa krytyczna i reakcja łańcuchowa już w reaktorze nie zachodzi. Gdy stało się to dla nas mniej więcej jasne, trzeba było wybrać metodę przeciwdziałania. Zostawić wszystko, aby grafit dopalił się i ochłodził w sposób naturalny, czy też zasypać szczątki reaktora związkami tłumiącymi pożar i promieniowanie? Wybrano to drugie. W ciągu kilku dni utworzono nad IV blokiem poduszkę ochronną z piasku, gliny, boru, dolomitu, wapnia i ołowiu. Ich łączna masa wynosiła około 5 tysięcy ton.

Kto podejmował takie decyzje?

— Wszystkie decyzje podejmował ostatecznie przewodniczący komisji rządowej. Ale na kilkuset rekomendacjach, służących za podstawę do powzięcia decyzji, widnieje również mój podpis.

Czy to Pan również rekomendował zbudowanie betonowej poduszki ochronnej pod reaktorem, aby uchronić wody podziemne przed skutkami ewentualnego przetopienia podstawy przez rozgrzany rdzeń? Akademik Wiktor Masłow, który stworzył matematyczny model katastrofy w Czernobylu, twierdzi, że płyta ta w ogóle nie była potrzebna?

— Ja osobiście byłem przeciwnikiem jej budowy. Zbudowano ją jednak na wszelki wypadek, gdyż we wszystkich działaniach uwzględniono najgorszy możliwy wariant rozwoju sytuacji. Potem obliczenia między innymi Masłowa rzeczywiście wykazały, że płyta ta nie była potrzebna.

— Panie Profesorze — co się właściwie wydarzyło w Czernobylu? Dlaczego doszło do tej awarii? Czy wasze pierwsze rozpoznanie było prawidłowe?

— W elektrowni atomowej tego typu każdy reaktor wytwarza parę poruszającą dwa pięciusetmegawatowe zestawy: turbina-generator. Z tego generatora czerpana jest również energia elektryczna do zasilania wewnętrznych podzespołów i urządzeń elektrowni: pomp, przyrządów kontrolnych, pulpitów sterowniczych itp. Na wypadek, gdyby powstały kłopoty z dostawą pary wodnej do turbiny, w każdym bloku znajduje się dieslowski generator zapasowy. Powinien on włączyć się automatycznie, gdy tylko spadają parametry obrotów turbiny. Dzięki temu zapewniona zostaje ciągłość zasilania układów wewnętrznych elektrowni w energię.

Ten zapasowy generator nie włącza się jednak od razu. Aby zacząć dawać prąd, musi „wejść na obroty" — potrzebny jest pewien czas na rozbieg. I właśnie kierownictwo elektrowni zauważyło, że na żadnym z bloków nie zostało sprawdzone eksperymentalnie, czy czas wirowania turbiny siłą inercji i czas rozbiegu generatora zapasowego są sobie równe. Z obliczeń teoretycznych wynikało, że tak. Jednak eksperymenty przeprowadzone w 1982 roku na bloku III i w 1984 roku na bloku II wykazały, że nie. Turbina wytracała swe parametry szybciej, niż zaczynał płynąć prąd z agregatu zapasowego. Należało to oczywiście poprawić.

I wówczas kierownictwo stacji podjęło pierwszą nieprawidłową decyzję. Najrozsądniejszym wyjściem byłaby bowiem wymiana agregatu zapasowego. Zamiast takiego, który ma czas rzędu 40 sekund, trzeba było kupić generator o czasie  rozbiegu rzędu 10–15 sekund. A takie dieslowskie generatory produkuje się choćby w Polsce. I byłoby po sprawie. Ale dyrekcja podjęła decyzję, aby pozostawić stary generator zapasowy, a „podciągnąć" jakość turbogeneratora. Zgłoszono wniosek racjonalizatorski polegający na zastosowaniu dodatkowej wzbudnicy w turbogeneratorze. Te dodatkowe uzwojenia miały zapewnić utrzymanie się poziomu wytwarzanego napięcia nawet przy zmniejszaniu prędkości obrotów turbiny. Eksperymentalne sprawdzenie koncepcji postanowiono przeprowadzić właśnie na IV bloku, tuż przed jego wyłączeniem z eksploatacji na planowy remont konserwacyjny.

Rozpatrywano ten eksperyment jako czysto elektrotechniczny. Założono, że doprowadzi się w pewnym momencie do całkowitego wyłączenia reaktora, para przestanie być wytwarzana i wówczas zmierzy się czasy wyłączenia turbiny i włączenia agregatu zapasowego. Program eksperymentu został skonstruowany bardzo powierzchownie. Nie zastanawiano się nawet nad alternatywnymi możliwościami rozwoju sytuacji — co robić, gdy eksperyment nie będzie przebiegał tak, jak zaplanowano. Program ten nie został uzgodniony z nikim z kierownictwa naukowego elektrowni. Wysłano go do projektantów elektrowni. Odpowiedzi stamtąd żadnej nie otrzymano, ale eksperyment postanowiono przeprowadzić.

Nie przestrzegając podstawowych zasad atomowego bhp...

— Niestety. Jest na przykład przepis mówiący, że jeśli w reaktorze znajduje się nie więcej niż 30 prętów sterujących, pochłaniających neutrony, to decyzje o jakichkolwiek manipulacjach powinien podejmować naczelny inżynier elektrowni. Natomiast 15 prętów to krytyczne minimum, przy którym można jeszcze w każdej sytuacji zatrzymać reaktor... W Czernobylu wyciągnięto wszystkie pręty. Moc reaktora zatrzymano na poziomie 200 MW. Przy tak niskich mocach jest on trudno sterowalny, gdyż wytwarzają się cząstki krótko żyjące. Aby się rozpadły, reaktor powinien dobę „odpoczywać". W Czernobylu nie miano widocznie jednak czasu, aby czekać. Ponieważ tuż po eksperymencie reaktor miał być oddany do remontu, więc powtórzenie badań mogło nastąpić dopiero po roku. A jak się wydaje, chciano przeprowadzić drugi eksperyment i albo chciano powtórzyć go bez wzbudnicy, albo coś wcześniej nie wyszło — w każdym razie trzymano reaktor pod parą.

Aby zwiększyć wytwarzanie pary, włączono czwartą pompę, normalnie będącą w rezerwie. Zakłóceniu uległa równowaga hydrodynamiczna. Wszystkie parametry zaczęły „pływać". W takich sytuacjach włączają się automatycznie systemy zabezpieczające. Więc je odłączono — aby nie przeszkadzały!

W wyniku zakłócenia równowagi termodynamicznej pojawił się tzw. efekt parowy. Zaczęła błyskawicznie rosnąć moc. A prętów, które mogłyby to powstrzymać, w reaktorze nie było. Gdy naciśnięto przycisk A5 awaryjnego opuszczania prętów, było już za późno. W ciągu 1 sekundy moc wzrosła 30 razy. A opuszczanie prętów trwa kilka sekund.

Błyskawicznie wzrosła temperatura. Wytwarzało się coraz więcej pary. Zaczęła ona reagować z cyrkonowymi rurami. Ciśnienie pary wypchnęło do góry ciężką płytę zamykającą reaktor od góry. Pary było już tak dużo, że rozsadziła ona dach budynku reaktora... Oto cała awaria.

Użył Pan kilkakrotnie sformułowań typu: „jak się wydaje", „widocznie chcieli"... Skąd ten brak pewności, ta ostrożność? Czyżby nie rozmawiał Pan z tymi, którzy przeprowadzili eksperyment?

— To złożony problem. Ci ludzie byli w szoku. Potem mówili przeciwstawne rzeczy. Stwierdziliśmy na przykład, że jeden z eksperymentów dodatkowych — dotyczący badania wibracji turbiny — nie odbył się. Gdy zaczęliśmy jednak o to pytać, otrzymywaliśmy różne odpowiedzi. Jeden mówi: Zamierzaliśmy przeprowadzić ten eksperyment. Drugi natomiast odpowiada tak: Jeśli nie ma tego w dokumentach, to znaczy, że nie zamierzaliśmy... Jak ustalić prawdę? Czarnej skrzynki w reaktorze nie ma! Ostateczną odpowiedź przyniesie proces sądowy.

Czym szczególnym w rodzinie radzieckich reaktorów jądrowych wyróżniają się reaktory typu RBMK-1000 zainstalowane w Czernobylu?

— Reaktory typu RBMK (Rieaktor Bolszoj Moszcznosti, Kanalnyj) są naszym rodzimym osiągnięciem. Taki właśnie reaktor na paliwo uranowe, z grafitem spełniającym rolę spowalniacza, chłodzony zwykłą wodą, zainstalowany został w 1954 roku w pierwszej w świecie elektrowni atomowej w Obnińsku. Jego udoskonalona konstrukcja pojawiła się następnie w Białojarskiej Elektrowni Atomowej na Uralu.

Potem w rozwoju radzieckiej energetyki jądrowej nastąpiła jednak praktycznie dziesięcioletnia przerwa. Uznano po prostu, że mamy tak duże zapasy paliwa naturalnego, iż rozwój elektrowni jądrowych nie jest konieczny. Był to okres najwspanialszego rozkwitu Donbasu, okres odkrywania wielkiej nafty w Tiumenii. Pod koniec lat sześćdziesiątych okazało się jednak, że koszty wydobywania paliw naturalnych i koszty transportu energii z syberyjskich złóż do uprzemysłowionych zachodnich regionów ZSRR są tak duże, że konieczne jest jednak przeproszenie się z energią atomową. A ponieważ potrzeby były duże, więc i rozwijać energię atomową trzeba było od razu w dużej skali. Przemysł maszynowy nie był przygotowany do szybkiego podjęcia produkcji dużych ilości korpusów i innych elementów niezbędnych do skonstruowanych tymczasem reaktorów ciśnieniowych (WWER). Dlatego postanowiono, aby równolegle do tej głównej linii rozwoju energetyki jądrowej przez okres przejściowy budować też opanowane już technologicznie reaktory grafitowo-kanałowe, typu RBMK.

Mój pogląd jest taki: jest to konstrukcja dobra. Ale każda współczesna konstrukcja, nawet najbardziej niezawodna, staje się zawodna, gdy zaczyna się ją wytwarzać w większej liczbie egzemplarzy. Zwiększa się bowiem prawdopodobieństwo wad materiałowych lub nieprawidłowych działań człowieka na różnych stadiach montażu i eksploatacji.

Jaki los czeka obecnie reaktory typu RBMK?

— Jeszcze przed awarią czernobylską zaplanowano istotne zmniejszenie procentowego udziału elektrowni z reaktorami RBMK w strukturze radzieckiej energetyki atomowej. W wyniku niezwykle szczegółowej ekspertyzy wykonanej po awarii uznano za możliwe i celowe dalsze eksploatowanie istniejących urządzeń tego typu i ukończenie budowy już rozpoczętych, jednak pod warunkiem wykonania szeregu przedsięwzięć zwiększających ich bezpieczeństwo. Przedsięwzięcia te są przede wszystkim ukierunkowane na zmniejszenie zależności aparatury od odchyleń od normatywnego reżimu eksploatacji, na wykluczenie możliwości zaistnienia awarii podobnej do tej, jaka wydarzyła się w Czernobylu. Między innymi zwiększono liczbę prętów pochłaniających neutrony znajdujące się stale w aktywnej strefie reaktora i przybliżono do tej strefy startowe położenie prętów sterujących, dzięki czemu w razie potrzeby systemy zabezpieczające będą się włączać szybciej niż przedtem.

Sprawdzian na pierwszym bloku elektrowni czernobylskiej wykazał, że przy tych zmianach, które wymagały oczywiście określonych środków, elektrownia pracuje bardziej bezpiecznie. Zmiany takie zostały już wprowadzone w większości elektrowni wykorzystujących reaktory typu RBMK. Jednak w bliskiej przyszłości zamierza się wykorzystywać przede wszystkim reaktory ciśnieniowe typu WWER-1000. W tym celu w Wołgodonsku (na południu europejskiego terytorium ZSRR) zbudowano specjalny kombinat „Atommasz". Jego projektowana zdolność produkcyjna — osiem reaktorów tysiącmegawatowych rocznie.

Nad wszystkimi nowo budowanymi reaktorami wisieć będzie jednak cień sarkofagu, w którym pogrzebane zostały resztki IV bloku. Jak długo będzie istniał ten sarkofag?

— W zasadzie setki lat. Być może nasi potomkowie (jeśli oczywiście zajdzie taka potrzeba) znajdą sposób, aby przenieść to wszystko w inne miejsce lub w całości unieszkodliwić.

Panie Profesorze, czy możliwe jest zbudowanie „bezpiecznego" reaktora, to znaczy takiego, który w ogóle nie mógłby ulec awarii, a gdyby nawet się „zepsuł", to nie mógłby wybuchnąć? Chodzi o to, żeby awaria nie mogła przekształcić się w katastrofę.

— Reaktor z „wewnętrznym systemem bezpieczeństwa" bardzo łatwo można sobie wyobrazić. W zasadzie taki mały reaktor już w naszym instytucie zbudowaliśmy. Pomysł polega na tym, że paliwo znajduje się w nim w stanie ciekłym. Jest to roztwór siarczanu uranowego. Reakcja łańcuchowa zaczyna się w nim natychmiast po wyciągnięciu prętów regulacyjnych... Gdy jednak temperatura roztworu wzrośnie w zbyt wielkim stopniu, roztwór zaczyna kipieć, jego objętość wzrasta, zwiększa się powyżej objętości krytycznej i reakcja ulega wtedy zahamowaniu. Gdy temperatura nieco opadnie, roztwór wróci do poprzedniej objętości i reakcja łańcuchowa rozpocznie się znowu.

Czyli uzyskujemy wtedy ujemne sprzężenie zwrotne.

— Tak jest. Dzięki niemu, bez żadnych dodatkowych elementów regulacyjnych, reaktor nie może wykroczyć poza zadane parametry pracy.

Brzmi to rewelacyjnie!

— Jest to jednak na razie tylko reaktor doświadczalny. Z przyczyn technicznych i ekonomicznych nie można jeszcze budować opartych na tej zasadzie reaktorów energetycznych.

Zgodzi się jednak Pan Profesor, że właśnie w poszukiwaniu nowej filozofii, nowych zasad działania, tkwi przyszłość reaktorów jądrowych? Bo przecież samo tylko doskonalenie i dublowanie systemów zabezpieczających to w gruncie rzeczy droga donikąd...

— Oczywiście. Trzeba szukać materiałów o takich własnościach jądrowo-fizycznych, które pod wpływem wysokiej temperatury czy też wysokiego ciśnienia są w stanie wpływać na zahamowanie tempa reakcji.

Są takie materiały?

— Bardzo dużo. Można też podejść do problemu inaczej. Wyobraźmy sobie, że pręty pochłaniające neutrony otaczamy płaszczem ze stopu uranowego o niskiej temperaturze topnienia. W ten sposób funkcja pochłaniająca tych prętów zostaje w normalnych warunkach pracy wyeliminowana. Gdy jednak nastąpi zachwianie warunków pracy i wzrośnie temperatura, wtedy uranowy płaszcz ochronny ulegnie stopnieniu, pręty zaczną wypełniać swą funkcję i reakcja automatycznie ulegnie zahamowaniu.

Wymienił Pan kilka przykładowych systemów „bezpiecznych" reaktorów. Czy właśnie tą drogą będzie się w przyszłości rozwijała radziecka energetyka jądrowa?

— Nie mogę tego dzisiaj stwierdzić, bowiem wielu specjalistów uważa, że można stworzyć takie systemy zabezpieczające, które zapewnią bezpieczną eksploatację istniejących dotychczas reaktorów. Trzeba tylko zwiększyć niezawodność urządzeń, zmienić system kontroli, lepiej szkolić personel.

Jednocześnie, jak już mówiłem, szeroko rozwinięte zostały prace nad reaktorami opartymi na nowych zasadach. Ale trudno powiedzieć, czym one się zakończą, istotne są tu bowiem również uwarunkowania ekonomiczne, terminy itp.

Jestem jednak przekonany, że przyszłość należy do takich właśnie urządzeń z „wewnętrznymi systemami bezpieczeństwa". Dotyczy to zresztą nie tylko energetyki jądrowej, ale również przemysłu chemicznego i innych.

Jak na przykład gasić płonącą ropę naftową? Jest to niezwykle trudne. Ale można przecież podejść do problemu zupełnie inaczej. Wyobraźmy sobie wielki zbiornik z ropą naftową lub innym łatwopalnym płynem. Niech wewnątrz tego płynu znajdą się kapsuły polietylenowe z flegmatyzatorem (spowalniaczem) palenia. W normalnej temperaturze kapsuły te nie odgrywają żadnej roli, w niczym nie przeszkadzają. Gdy jednak temperatura cieczy wzrośnie, polietylen się rozpuści i uwolniony w ten sposób flegmatyzator przerwie palenie lub przynajmniej zapobiegnie detonacji. To też jest układ z „wewnętrznym systemem bezpieczeństwa". Zasada ta powinna być główną myślą przewodnią techniki XXI wieku.

Można więc uznać, że Czernobyl dał decydujący impuls różnorodnym badaniom w zakresie bezpieczeństwa postępu naukowo-technicznego?

— Bezwarunkowo. Nie wolno przy tym dopuścić do tego, aby Czernobyl stał się tylko przestrogą dla atomistów. My już tę gorzką lekcję odebraliśmy. Ale gdy pominiemy detale techniczne, to okaże się na przykład, że awaria w Bhopalu w 1984 roku i w Czernobylu mają się do siebie jak 1 : 1. Tam odłączono chłodnie, tu odłączono zabezpieczenia. Tam odłączono remontowany adsorber, który mógł awaryjnie zmagazynować trujące gazy, tu odłączono system chłodzenia. Tam wydarzyło się wszystko w niedzielę, tu — w sobotę... Gdyby atomiści dogłębnie przeanalizowali przebieg awarii w Bhopalu, to nie byłoby awarii u nas... Dlatego teraz nie tylko my powinniśmy wyciągać wnioski z awarii w Czernobylu, gdyż mało prawdopodobne jest, aby następna awaria związana była z paliwem jądrowym. Bardziej prawdopodobne jest, że będzie to obiekt związany z mikrobiologią lub jakimiś substancjami trującymi. Tak zresztą w gruncie rzeczy się już stało — przypomnijmy sobie chociażby ostatnie wielkie zatrucie Renu...

Wiem, że gdy Pan Profesor przebywał w Czernobylu, to tu, w Instytucie Energii Atomowej im. I. Kurczatowa, pracował bez przerwy sztab naukowy będący w bezpośredniej łączności telefonicznej z Czernobylеm, wspierający wasze działania w rejonie awarii. Jak była zorganizowana ta współpraca?

— Właściwie to nikt niczego nie organizował. To powstawało spontanicznie. Gdy potrzebna mi była dodatkowa konsultacja, dzwoniłem do Moskwy — do dyrektora instytutu, do głównego inżyniera. Potem — aby wszyscy nie musieli siedzieć cały czas w instytucie — zorganizowano dyżury. W każdej grupie dyżurującej byli fachowcy z każdej dziedziny: fizyk, chemik itp.

Jak Pan Profesor określiłby główne zadanie nauki i techniki po Czernobylu? Na co należy zwrócić większą uwagę w ich dalszym rozwoju?

— Pierwszy problem wymagający większej uwagi to stosunki człowiek—maszyna, a więc szerokie stosowanie trenażerów, dopasowanie maszyny do możliwości obsługującego ją człowieka, skuteczniejsze systemy przekazywania operatorowi niezbędnej mu informacji. Wbrew pozorom są to problemy o charakterze wybitnie naukowym.

Drugi problem to właśnie opracowanie bezpiecznych ze swej fizycznej i chemicznej natury procesów technologicznych. Wszędzie, gdzie tylko można, należy stosować systemy binarne, jak się to już robi choćby przy przechowywaniu szkodliwych gazów. Przechowuje się oddzielnie nieszkodliwe składniki, a miesza się je w małych ilościach dopiero tuż przed wykorzystaniem.

Trzeci problem związany jest bezpośrednio z człowiekiem, z naszą psychologią. Gdy kiedyś człowiek wchodził do lasu, to wiedział, że może mu tam grozić niebezpieczeństwo, że zza drzewa może wyskoczyć niedźwiedź czy wilk. To był instynkt, to tkwiło w nas. Rozwój techniki zlikwidował tego typu pierwotne niebezpieczeństwa, ale... stworzył inne. Człowiek jednak na tyle uwierzył w technikę, że przestał zwracać uwagę na płynące z jej strony zagrożenia. A przecież żyjemy w środowisku tak samo wrogim jak przedtem, tylko że zamiast dzikich bestii w lesie, zagrażają nam teraz bestie technologiczne. Człowiek musi nauczyć się odczuwać i rozumieć te nowe zagrożenia, musi nauczyć się żyć w technologicznej puszczy.

Oczywiście, należy równolegle dążyć do tego, aby puszcza ta stawała się coraz bardziej bezpieczna. Człowiek nie może bowiem ciągle żyć ze świadomością zagrożenia. Dotyczy to również zagrożenia wojną jądrową. Wszelkie dyskusje o procencie „przeżywalności" po wymianie ciosów jądrowych itp. zawsze uważałem za pozbawione podstaw, gdyż nawet pojedyncze wybuchy jądrowe stanowiłyby katastrofę. W przekonaniu tym utwierdziłem się ostatecznie, gdy zobaczyłem skutki awarii w Czernobylu, obserwowałem pracę tych, którzy je likwidowali, gdy dowiedziałem się o śmierci młodych i zdrowych ludzi w wyniku choroby popromiennej.

Ogrom wysiłków przy likwidacji skutków awarii pokazał, że ludzkość nie może przeżyć wojny jądrowej. Zadaniem nie tylko nauki, nie tylko uczonych, ale każdego zdrowo myślącego człowieka jest zrobienie wszystkiego, aby nie dopuścić do takiego szaleństwa.

WALDEMAR SIWIŃSKI