REKLAMA


REKLAMA


REKLAMA


REKLAMA


REKLAMA


REKLAMA


REKLAMA


REKLAMA


Nowy rok akademicki 2026/2027 rozpoczyna się w wyjątkowym momencie. Z jednej strony uczelnie mogą mówić o rekordowym zainteresowaniu kandydatów, zwłaszcza na części uczelni. Z drugiej wiedzą, że za tym sukcesem kryje się coś znacznie mniej optymistycznego: demografia, która w kolejnych latach będzie coraz mocniej zmieniać polskie szkolnictwo wyższe. Do tego dochodzą pytania o pieniądze, warunki pracy naukowców, koszty studiowania i o to, jaką rolę uczelnie mają odgrywać w gospodarce, która coraz szybciej się zmienia. Minister nauki i szkolnictwa wyższego Marcin Kulasek zapowiada dalsze prace nad zmianami w prawie. „Zależy nam, by zmiany w przepisach konsultować z przedstawicielami środowiska. Chcemy, by reforma z 2018 roku zyskała nowy kształt – dostosowany do obecnych realiów i odpowiadający na potrzeby rynku oraz ambicje rozwojowe naszego państwa” – mówi. Z kolei przewodnicząca KRASP prof. Bogumiła Kaniewska patrzy na tegoroczny rekrutacyjny sukces z większym dystansem. „Ta dobra rekrutacja to jest taki kwiat przed zwiędnięciem. On pięknie rozkwitł, ale za chwilę niestety zwiędnie” – mówi. I właśnie w tym zdaniu najlepiej mieści się paradoks rozpoczynającego się roku akademickiego. Studentów jest dużo. Problem w tym, że obecny wzrost ma charakter przejściowy, a uczelnie muszą przygotować się na zmiany liczebności kolejnych roczników.

Wyjątkowy rok

W ponad 300 polskich uczelniach zaczyna się właśnie nowy rok akademicki. Ostatecznych danych dotyczących tegorocznej rekrutacji jeszcze nie ma, bo uczelnie kończą nabory, a pełne statystyki pojawią się najprawdopodobniej w październiku lub listopadzie. Już wiadomo jednak, że będzie to wyjątkowy rok.

Powód jest prosty: na studia wchodzą właśnie liczniejsze roczniki. Tegoroczny nabór jest pierwszym z dwóch tzw. podwójnych roczników. W roku akademickim 2025/2026 na pierwszy rok studiów na uczelnie podlegające Ministerstwu Nauki i Szkolnictwa Wyższego przyjęto około 450 tys. osób. Według obecnych informacji w tym roku liczba ta będzie wyższa.

Skalę zainteresowania widać na poszczególnych uczelniach. Na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu odnotowano około 10 tys. więcej zapisów niż rok wcześniej. Nie oznacza to jednak, że o tyle wzrosła liczba przyszłych studentów – jedna osoba może przecież rekrutować się na kilka kierunków. Prof. Kaniewska zwraca też uwagę, że uczelnia nie zamierza traktować tegorocznego wzrostu jako powodu do gwałtownej rozbudowy infrastruktury. Wiadomo, że boom jest przejściowy.

To dlatego tegoroczna rekrutacja jest trochę jak prezent z krótkim terminem ważności. Cieszy, ale nie można na nim budować planów na następne dziesięć lat.

Misja: pozyskać i zatrzymać studenta

Przez lata uczelnie mogły koncentrować się przede wszystkim na tym, jak kształcić. Coraz częściej będą musiały zastanawiać się również nad tym, jak przekonać młodego człowieka, żeby wybrał właśnie je.

Przy malejącej liczbie kandydatów znaczenie będzie miało niemal wszystko: kierunek studiów, jakość zajęć, kontakty z pracodawcami, możliwość zdobycia praktycznych kompetencji, a w końcu także to, czy absolwent będzie miał po studiach pracę. Coraz ważniejsze stanie się również pytanie, dlaczego część studentów rezygnuje z nauki przed uzyskaniem dyplomu.

Problem dotyczy nie tylko polskich kandydatów. Uczelnie od lat próbują zwiększać umiędzynarodowienie, ale liczba zagranicznych studentów również nie rośnie tak, jak mogłaby. Według szacunków ekonomistów Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach, przywoływanych przez prof. Kaniewską, zagraniczni studenci generują w Polsce wpływy sięgające około 7 mld zł rocznie. To jednak szacunek, a nie oficjalna statystyka państwowa. W przyszłości walka o studenta może więc stać się dla uczelni równie ważna jak walka o grant czy dobrego naukowca.

Akademiki potrzebne na już

Dla młodego człowieka wybór uczelni zaczyna się zresztą często od zupełnie innego pytania: czy będzie mnie na te studia stać? Według raportu „Portfel Studenta 2026” przeciętne miesięczne wydatki studenta przekraczają 4 tys. zł. Największą część pochłania mieszkanie, ale swoje kosztują także jedzenie, transport i wydatki związane z edukacją.

Dlatego akademik przestaje być wyłącznie uczelnianym zapleczem. Dla części studentów jest warunkiem tego, żeby w ogóle móc studiować poza rodzinnym miastem. W dużych ośrodkach akademickich, gdzie ceny wynajmu mieszkań są wysokie, dostępne cenowo miejsce w domu studenckim może zdecydować o wyborze uczelni. Na tym jednak koszty się nie kończą. Według danych GUS jednostkowy koszt kształcenia w szkolnictwie wyższym wyniósł w 2024 r. 34,6 tys. zł.

To pokazuje dwie strony tego samego problemu. Studiowanie kosztuje zarówno młodych ludzi, jak i państwo. A kiedy studentów zacznie ubywać, uczelnie będą musiały znaleźć sposób, by utrzymać jakość kształcenia przy mniejszej liczbie osób, które będą je wybierać.

Pieniądze, których zawsze jest za mało

Finansowanie będzie jednym z najważniejszych tematów rozpoczynającego się roku akademickiego. Zgodnie z projektem budżetu na 2027 r. na naukę i szkolnictwo wyższe ma trafić 46,2 mld zł – o ponad 2,6 mld zł więcej niż w 2026 r. W planach znalazły się m.in. większe środki na konkursy Narodowego Centrum Nauki, rozwój Fabryk Sztucznej Inteligencji, cyberbezpieczeństwo oraz wynagrodzenia pracowników uczelni i instytutów PAN.

Same pieniądze nie zamykają jednak dyskusji. Dla uczelni równie ważne jest to, czy mogą planować rozwój na kilka lat do przodu. Zmiany przepisów, kolejne systemy ewaluacji, biurokracja i niepewność dotycząca finansowania sprawiają, że środowisko akademickie oczekuje przede wszystkim stabilności. Minister Kulasek zapowiada nowelizację prawa o szkolnictwie wyższym i nauce oraz zmiany dotyczące ewaluacji działalności naukowej. Pytanie brzmi więc nie tylko, ile pieniędzy trafi do nauki, ale także na jakich zasadach uczelnie będą mogły z nich korzystać i jak długo te zasady pozostaną niezmienne.

Tegoroczna inauguracja ma więc dwa oblicza. Z jednej strony jest powód do świętowania: bardzo duże zainteresowanie studiami, pełniejsze sale i kolejny liczny rocznik rozpoczynający studia. Z drugiej – uczelnie doskonale wiedzą, że ten tłum nie zostanie z nimi na długo. Dlatego najważniejsze pytanie tego roku nie brzmi wcale, ilu studentów udało się przyjąć. Brzmi: co uczelnie zrobią z tym dobrym momentem, zanim demografia znów upomni się o swoje?