REKLAMA


REKLAMA


REKLAMA


REKLAMA


REKLAMA


REKLAMA


REKLAMA


REKLAMA


Z Marcinem Gałkiewiczem, koordynatorem przedmiotu medycyna pola walki (prowadzony na kierunku ratownictwo medyczne od 2018 roku) i jedynych w Polsce studiów podyplomowych z medycyny pola walki (uruchomione w roku ak. 2025/2026) na Śląskim Uniwersytecie Medycznym, rozmawia Magda Tytuła.

– Czy do tego, by udzielać pomocy poszkodowanym na polu walki, jest rzeczywiście potrzebne specjalne przeszkolenie? Nie wystarczy ogólna wiedza medyczna?

– Zdecydowanie nie wystarczy! W przypadku medycyny pola walki najważniejszą różnicą z procedurami stosowanymi w innych sytuacjach ratowania życia i zdrowia ludzkiego jest fakt, że tu wszelkie podejmowane przez służby medyczne działania są determinowane nie tylko przez stan pacjenta, ale przez sytuację taktyczną, w jakiej się znajdujemy.

– Co to znaczy?

– W przypadku medycyny pola walki kierujemy się wytycznymi TCCC (z ang. Tactical Combat Casualty Care), w ramach których wyróżnia się cztery typy sytuacji i dostosowanych do nich procedur. A konkretnie: rodzaj podejmowanych działań medycznych zależy od tego, w jakiej strefie się znajdujemy – czy jest to strefa pod ostrzałem (działanie w okolicznościach bezpośredniego zagrożenia), czy strefa na polu walki (nie ma bezpośredniego zagrożenia, ale wciąż jesteśmy w niebezpieczeństwie), czy strefa taktycznej ewakuacji (przygotowujemy pacjenta do transportu), czy wreszcie strefa przedłużonej opieki (musimy kontrolować stan pacjentów i udzielać im pomocy przez kilka tygodni, często w trudnych okolicznościach, np. w piwnicy czy ziemiance). Innymi słowy: człowiek jest ten sam, zabiegi medyczne podobne, ale to, jakie działania podejmiemy, determinować będzie sytuacja, w której jesteśmy.

– Jak zatem wygląda szkolenie medyków?

– Najważniejsze jest nauczenie rozpoznawania i rozumienia odmiennych realiów i procedur do nich przypisanych. Stąd niebagatelne znaczenie w procesie kształcenia ma udział żołnierzy i innych osób doświadczonych w zakresie działań taktycznych. Zaczynamy od teorii: mówimy nie tylko o strefach taktycznych i dostosowanych do nich priorytetach, ale też o specyficznych obrażeniach ciała, o rozpoznawaniu tych, które mogą zabić najszybciej, i o najnowszych technikach zabezpieczania pacjentów, które to techniki są używane właśnie w realiach militarnych, a w medycynie cywilnej nie są jeszcze stosowane. Potem przechodzimy do części praktycznej.

– Prowadzone są zajęcia na poligonie?

– Na poligonie, a w przypadku studiów podyplomowych będziemy działać także w trudnym (np. górzystym) terenie i w warunkach zbliżonych do okoliczności wojny, czyli np. ćwiczyć, jak udzielać pomocy i dbać o pacjenta w ziemiance czy ciemnej piwnicy itp. Zaczynamy jednak od podstaw, czyli od zapoznania studentów z uzbrojeniem. Medyk, który znajdzie się na polu walki, musi bowiem umieć radzić sobie z umundurowaniem rannego (w tym: ze zdjęciem kamizelki kuloodpornej, co wcale nie jest proste) i bronią (w tym własną: tak, by nie przeszkadzała w czynnościach medycznych). Trzeba też wiedzieć, że żołnierz w sytuacji stresu i szoku wywołanych urazem (postrzał, wybuch) może być niebezpieczny także dla osób chcących udzielić mu pomocy. Stąd tak ważna jest wiedza nie tylko o tym, jak rozbezpieczyć broń, szybko zdjąć kamizelkę czy elementy umundurowania, ale też – jak rozmawiać z rannym, by zapewnić samemu sobie bezpieczeństwo.

– Wygląda to trochę jak szkolenie wojskowe…

– A jednak naszym celem nie jest zrobić ze studentów żołnierzy. Chodzi o to, by na potrzeby specyficznych – wojennych – okoliczności jak najlepiej nauczyć ich tego świata.

– W czasie szkolenia tworzone są też sytuacje zagrożenia?

– Tak, studenci w pełnym umundurowaniu i uzbrojeniu (atrapy broni, hełmy, kamizelki kuloodporne) pracują w warunkach pozorowanych działań wojennych: używane są pojazdy bojowe, prowadzony jest ostrzał, stosujemy petardy, by symulować wybuchy itp. Wszystko to ma wywoływać stres bojowy, który jest podstawowym dystraktorem na polu walki i może wpływać na podejmowane decyzje medyczne. Tym samym student uczy się też, jak walczyć ze sobą samym, z własnymi słabościami, z pokonywaniem swojego bólu i strachu. Prowadzimy też trening fizyczny – przysiady, pompki, podbiegi w pełnym uzbrojeniu i umundurowaniu itp. Celem tego szkolenia jest wyrobić w studentach pewne odruchy, pamięć mięśniową, by w rzeczywistych warunkach taktycznych mogli zadziałać automatycznie.

– Są tacy studenci, którzy tego nie wytrzymują? Czyli: czy w czasie szkolenia rozpoznaje Pan, kto będzie dobrym „materiałem” na medyka na polu walki?

– Naszym zadaniem nie jest selekcja studentów, sprawdzanie, który może iść do GROM-u, a który nie. Nie przekraczamy granic komfortu żadnego ze studentów, motywujemy, wspieramy i „wyciągamy” z każdego tyle, ile dana osoba może z siebie dać. Więc nawet gdy widzimy, że komuś to szkolenie praktyczne sprawia dużą trudność, przeżywa chwile zniechęcenia czy zwątpienia, to po zakończeniu zajęć każdy student wychodzi z poczuciem satysfakcji, uznając, że był to bardzo wartościowy trening, którego efektem jest świadomość własnej dzielności. Poza tym chyba wszyscy dziś czujemy oddech sytuacji geopolitycznej na plecach i ta świadomość zwiększa motywację studentów do jak najlepszego wykorzystania zajęć z tego przedmiotu.

– Obecna sytuacja geopolityczna stoi też za popularnością uruchomionych właśnie na ŚUM-ie studiów podyplomowych z medycyny pola walki. Jak szybko zamknęliście nabór?

– Już pierwszego dnia. A w dwa kolejne dni mieliśmy zdublowaną liczbę kandydatów na liście rezerwowej, czyli kolejnych 48 chętnych. Ze względu na mocno praktyczny (80% zajęć ma taki profil) charakter tych studiów, konieczność pełnego wyposażenia każdego ze studentów w uzbrojenie i umundurowanie, a także ze względu na posiadaną przez nas liczbę trenażerów i innego sprzętu, na kierunku przygotowaliśmy 24 miejsca i tylko tyle osób mogliśmy przyjąć.

– A czy decyzję o otwarciu kierunku warunkowała też rozwijająca się od kilku lat sytuacja za naszą wschodnią granicą?

– Tak naprawdę sytuacja geopolityczna była ostatnia na liście powodów otwarcia studiów podyplomowych. Pomysł uruchomienia kierunku zainspirowała przede wszystkim nasza wieloletnia współpraca z Jednostką Wojskową Komandosów z Lublińca i obserwacja, że wojsko bardzo potrzebuje medyków. Argumentem za tym, że takie studia są potrzebne, była też obserwowana od kilku lat zmiana koncepcji prowadzenia wojny.

– ?

W skrócie: dziś medyk pracujący na polu walki zamiast zastosowania procedur szybkiego opatrzenia pacjenta i przygotowania go do natychmiastowej niemal ewakuacji do „normalnego” szpitala częściej musi być gotowy na długotrwałą opiekę nad rannym w warunkach polowych, a nierzadko tak trudnych jak np. przebywanie z pacjentem przez kilka tygodni w prowizorycznym schronieniu. Zatem dziś rola medyka nie sprowadza się do prostych czynności, typu założenie opaski uciskowej czy zaopatrywanie rany, ale do długiej intensywnej terapii, od zabiegów medycznych (w tym amputacja, pielęgnacja ran szarpanych itp.), przez bytowe (np. zadbanie o wyżywienie i odpowiednie ułożenie ciała pacjenta) po psychologiczne (dbałość o psychikę rannego i o własną). Do tego potrzebne są umiejętności i wiedza z wielu dziedzin medycyny, a tego nie da się już nauczyć w ramach jednego przedmiotu na studiach, potrzebne jest dłuższe i bardziej zaawansowane szkolenie, by absolwenci stali się wszechstronnymi medykami.

– Dziękuję za rozmowę.

Pierwsze zajęcia na studiach podyplomowych z medycyny pola walki odbyły się 28 października 2025. Śląski Uniwersytet Medyczny jest jedyną uczelnią w Polsce prowadzącą tego typu szkolenie.

© 2022 Perspektywy.pl   O nas | Polityka Prywatności | Znak jakości | Reklama | Kontakt!!!