Wielki Liberace i Kamerdyner to dwa filmy o Ameryce. O nadziejach, perspektywach i wizji szczęścia mieszkańców kraju wielkich możliwości.
– Choroba zmusiła mnie do wycofania się na jakiś czas z pracy. Nie byłem pewien, czy wrócę do zawodu. To jest Hollywood. Nigdy nie wiesz, jak zareaguje agencja ubezpieczeniowa, kiedy ktoś będzie chciał aktora po raku obsadzić. Albo co pomyślą widzowie, czy nie będą cię postrzegać wyłącznie przez pryzmat twojego nowotworu. Rola u Stevena Soderbergha stała się światłem w tunelu, dała mi wytchnienie. Mogłem skoncentrować się, skupić. Odwrócić wzrok od własnych traum, ale też od sprawy mojego najstarszego syna, który trafił do więzienia federalnego za posiadanie narkotyków, za co winiłem również siebie. Bo może mu poświęcałem za mało czasu? – mówił mi Michael Douglas. Aktor zagrał główną rolę w Wielkim Liberace. Wcielił się w prawdziwą postać kultowego piosenkarza.
– Lee to był kawał chłopa, z wielką klatą i udem wielkości obu moich nóg – opisuje Douglas. – Miał duże dłonie i palce, dalekie od wyobrażenia rąk pianisty. Długo pracowałem nad głosem. Zacząłem zajęcia z nauczycielem gry na fortepianie, choć szybko zorientowałem się, że to nie wyjdzie. Poza tym Liberace zmieniał się w czasie, o którym opowiadamy. Chudł i tył, poddawał się operacjom plastycznym. Zrobienie makijażu zajmowało mi trzy godziny. W czasach High Definition trzeba być cholernie precyzyjnym.
Władzio Liberace pochodził z polsko-włoskiej rodziny. Marzył o karierze pianisty, jeszcze jako młody chłopak spotkał Ignacego Paderewskiego. Chciał być jak on. Ale wtedy odkrył show biznes. Pokochał światła reflektorów, przepych, pieniądze i podziw mas. Stał się najlepiej opłacanym artystą świata. Królem Las Vegas, który obwieszony złotem grał koncerty na najważniejszych scenach świata. W czasie występów zmieniał kilkanaście razy stroje, opowiadał o swoich podróżach, filuteryjnym uśmiechem uwodził kobiety. Na pokaz. Całe życie ukrywał homoseksualizm.
Steven Sodebergh opowiada historię miłości Liberace i Scotta Thorsona. Chłopaka z prowincji, który przez łóżko, trafia do wielkiego świata. Ale spełniony sen ma także swoją ciemną stronę. Wielki Liberace to film o podwójnym życiu, show biznesie, ambicji, chciwości. O wzroście i upadku idola milionów. Jego samotności. O cenie, jaką czasem trzeba zapłacić za uwielbienie. Ale równie ciekawy jest tu drugi bohater, świetne zagrany przez Damona Thorson. To jego oczami widz obserwuje blichtr Las Vegas. Ale też razem z nim zatraca się w nowych realiach.
Człowieka, który trafia do nowej dla siebie rzeczywistości, sportretował także Lee Daniels w Kamerdynerze. To również film oparty na prawdziwej historii. Czarnoskóry nastolatek przez przypadek zatrudnia się w kawiarni. Szybko łapie bakcyla. Awansuje w hierarchii, uczy się etykiety. Trafia do eleganckiego hotelu w Waszyngtonie, a w końcu – do Białego Domu, gdzie zajmuje się głową państwa. A właściwie głowami, bo w ciągu wieloletniej kariery bohatera prezydenci zmieniają się wielokrotnie.
Lee Daniels tworzy przewrotną historię USA z perspektywy kogoś, kto choć nie ma dla niej znaczenia, jest najbliżej wydarzeń. Odbijają się tu przewroty polityczne, wojna wietnamska, przemiany obyczajów. Przede wszystkim jednak batalia o równouprawnienie czarnoskórych. O uczciwe prawo, zniwelowanie różnic w zarobkach, ale przede wszystkim miejsce Afroamerykanów w społeczeństwie.
Daniels obnaża rasizm głęboko zakorzeniony w stereotypach. Rasizm codzienny, ale przez swoją przezroczystość najbardziej niebezpieczny. Wreszcie, reżyser zastanawia się, na czym polega bunt. Zderza ze sobą różne postawy wobec opresji i odmienne sposoby walki z nią.
– Mój film pokazuje dekady historii kraju – mówi Daniels. – Ale dzisiaj budzi także jeszcze jedno pytanie: o współczesność. Dla niektórych wybór Baracka Obamy był dowodem, że wieloletni proces się zakończył.
Ale w rzeczywistości wciąż mamy przed sobą długą drogę do przebycia.
Dla mieszkańców USA oba te filmy są konfrontacją z własnymi sentymentami, ale też zadrami. Z dawną Ameryką, mitem wspólnoty. Bo każda społeczność ma swoje ciemne strony. I właśnie ten ukryty wymiar American Dream wypunktowują filmowcy.











