MegaBaza edukacyjna Perspektywy®









egzam1 t

Minęły piękne lata edukacji szkolnej, a po studniówce pozostały jedynie wspomnienia i zdjęcia. Nadeszła pora, aby zmierzyć się z być może najważniejszym egzaminem w życiu – maturą. Maraton maturalny rozpoczął się 5 maja.

Zanim wpadłam w wir maturalnych zmagań, musiałam zdecydować, na co tak właściwie chcę studiować. Padło na dziennikarstwo. Niektórzy pomyślą – banał. Phi, dla mnie to pasja. I to wcale nie jest tak, że chciałam być dziennikarką od dziecka. Wszystko zaczęło się, gdy przekroczyłam progi I Liceum Ogólnokształcącego im. gen. Władysława Sikorskiego we Włoszczowie. Właśnie tam zrozumiałam, że nie germanistyka, nie prawo, ale dziennikarstwo jest drogą, którą chcę iść. Co dalej? Krótki przegląd uczelni i odnalezienie tej jedynej – Uniwersytetu Warszawskiego. Wyzwanie przede mną spore, ale już wtedy wiedziałam, że muszę zawalczyć o marzenia. Nadszedł ten dzień, pełen szumu w głowie, motyli w brzuchu i trzęsących się rąk. Matura.

Na pierwszy ogień rzucony został egzamin pisemny z języka polskiego na poziomie podstawowym. Na korytarzu jedni milczeli, inni śpiewali, kolejni się śmiali. Przed wejściem na salę nerwowe rozmowy, stres, drżące głosy i jedno pytanie kłębiące się w głowie: Jaki będzie temat wypracowania? Coś o Dżumie? A może Lalka? Ja osobiście celowałam w Tango, Wesele i Dżumę. Gdy tylko wspomniałam o Mrożku, jedna z koleżanek od razu wyraziła swój bunt, krzycząc na pół korytarza: Wszystko byle nie Tango. Minęła dziewiąta. I wtedy wszystko stało się jasne – Potop Henryka SienkiewiczaWesele Stanisława Wyspiańskiego. Już na wstępie podziękowałam Kmicicowi i zabrałam się za rozważania Poety i Gospodarza. Nie było lekko, oj nie było… Można zacytować klasyków z portali internetowych: potopiło weselników lub dziś wesele – w sierpniu poprawiny. Mam tylko nadzieję, że na poprawiny zaproszenia nie otrzymam. Nie lada gratką okazały się polecenia do tekstu o miłości, który dla humanistycznej i romantycznej duszy był przyjemnością. Wrażenie znajomych były różne. Choć większość nie opuszczała sali z nadmiarem hormonu szczęścia.

Nie inaczej było następnego dnia. Spotkanie z królową nauk – matematyką. Otworzyłam arkusz, a w mojej głowie pojawiła się myśl: Ot co, CKE przygotowało nam niespodziankę…! Mało kto wychodził z sali z uśmiechem. Byli tacy, którzy mieli wypisane na twarzy nie zdałam matury z matematyki. Do tej grupy należałam też ja. Miałam prawie łzy w oczach! Zadanie z turystą, który wchodził na zamek okazało się porażką. Mój turysta zatrzymał się na delcie. Z tego, co wiem to nie tylko mój nie miał ochoty na dalszą wędrówkę. Może gdybym miała trochę więcej miejsca w arkuszu…? Tak, tak. Więcej miejsca. Jedna strona i brudnopis mi zdecydowanie nie wystarczyło. Pierwszą osobą, która mnie rozbawiła był mój kolega:

– Ile ci wyszło z tym turystą? Bo mi 48km/h.

Moja odpowiedź była krótka:

– Ooo, to twój turysta spadł?

Odskocznią od języka polskiego i matematyki był egzamin z języka angielskiego. Niepełnosprawny alpinista, tekst o Dumie i uprzedzeniu oraz historia o delfinie. Sama przyjemność. Bez problemu wygrałam tę bitwę! Nie przeszkodziła mi w tym nawet pierwsza ławka, która na maturach mnie chyba prześladowała…

Szkoda, że nie było tak bajkowo na maturze z języka angielskiego na poziomie rozszerzonym. Mówiąc szczerze, nie rozumiem skąd w tym arkuszu tyle złośliwości wobec nas, marnych maturzystów? Przecież my nic złego nie zrobiliśmy… A tu taka smutna niespodzianka. Na szczęście wybrnęłam z tego w miarę cało dzięki mojemu fotografowi, który ratował człowieka z jeziora. Większość moich znajomych, tak jak ja, zdecydowała się opisać historię fotografa-ratownika. Tylko najodważniejsi pisali rozprawkę o programach telewizyjnych. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie ta późna godzina i myśl o obiedzie. Z tego, co słyszałam, to nie tylko mi burczało w brzuchu.

Język polski na poziomie rozszerzonym? Dla humanistki to bułka z masłem. Byli tacy, którzy twierdzili, że podstawa była trudniejsza niż rozszerzenie. Trudno mi to ocenić. Tematy były faktycznie ciekawsze niż na podstawie. Osobiście postanowiłam określić obraz miłości w Don Kichocie z La Manchy oraz w Romeo i Julii. Mogłam też zdecydować się na obraz miasta, ale zrezygnowałam. Powiem otwarcie – Schulz nie należy do moich ulubionych twórców. A poza tym wolę pisać o wiejskich klimatach, a w mieście tylko żyć, być i szaleć. Na dziewięć piszących ten egzamin oprócz mnie temat o miłości wybrała jeszcze jedna osoba. Od razu widać, że w Sikorskim brakuje romantyków. Można też inaczej – nie brakuje fanów Schulza. Najważniejsze, że wszyscy byliśmy zadowoleni.

Piątkowe popołudnie to zmagania z wiedzą o społeczeństwie. Poziom rozszerzony niczym mnie zbytnio nie zaskoczył. Może z wyjątkiem Sudanu Południowego. Afryka nigdy nie była mi kontynentem specjalnie bliskim. Jedno jest pewne. Do końca życia zapamiętam, kiedy powstał Sudan Południowy i gdzie leży. Do końca życia. Ciekawy doświadczeniem było patrzeć na zdjęcie Dalajlamy i zastanawiać się: Jak on się nazywał?!. W ostatniej chwili, gdy już podnosiłam rękę do góry, by oddać arkusz w mojej głowie wybuchła myśl: Przecież to Dalajlama!.

Niczym nie zaskoczył mnie egzamin z geografii. Oczywiście nie pokusiłam się o poziom rozszerzony. Podstawa była całkiem przyjemna. Wiadomo, że jakieś błędy miałam. Umówmy się – geografia nie jest moim ulubionym przedmiotem. Zdawałam ją tylko dlatego, że wymaga ode mnie tego Uniwersytet Warszawski. Na moje szczęście pojawiło się sporo pytań, które nie wymagały mojej nadzwyczajnej wiedzy. Poradziłam sobie nawet z klimatogramami, których nie znoszę.

Jedyne, co mi pozostało po geografii to egzaminy ustne. Nie obawiałam się języka polskiego, ale przerażenie zaglądało mi w oczy na myśl o angielskim. Dlaczego? Nie wiem. Może dlatego, że trafiłam do grupy tych najlepszych… Tak, czy inaczej, komisja okazała się przesympatyczna, a ja poradziłam sobie całkiem nieźle. Prawdę mówiąc, troszkę mi brakło do 100%, ale przecież 83% to też całkiem dobrze. Może gdyby nie te nerwy, zawroty głowy… Eh, nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem.

Ustny egzamin z języka angielskiego odbiłam sobie na polskim. Wybrałam sobie temat, który był dla mnie interesujący, a sam wybór dokładnie przemyślałam: Omów wybrane teksty piosenek Agnieszki Osieckiej, traktując je jako odzwierciedlenie problemów egzystencjalnych człowieka. Ah, genialnie! Agnieszka Osiecka – tekściarka, którą uwielbiam, podziwiam, ubóstwiam! Co prawda, trudno było zdobyć materiały do pracy maturalnej. Literatury przedmiotu szukałam z samej Bibliotece Narodowej! Na szczęście udało mi się napisać świetną pracę maturalną. Sama prezentacja przed komisją nie była niczym strasznym. Właściwie czułam się tak, jakbym komuś opowiadała o Osieckiej, tłumaczyła, o czym jest „Niech żyje bal” i „Oczy tej małej”. Nawet pytania komisji z czasem zamieniły się w przyjemną rozmowę i wymianę poglądów. Wynik mnie zadowolił. Czy ktokolwiek mógłby być niezadowolony ze 100%?

I w taki właśnie sposób razem zakończyłam moje zmagania z egzaminem maturalnym. Rozczarowana jestem tylko maturą z angielskiego na poziomie rozszerzonym. Mam tylko nadzieję, że jedna przegrana bitwa nie oznacza przegranej w wojnie. Pozostało mi tylko czekać na sądny dzień – 27 czerwca. Wtedy wszystko stanie się jasne. Nie chcę wiele. Chcę tylko dostać się na Uniwersytet Warszawski. Czy to aż tak wiele? Teraz czas na korzystanie z uroków słońca i wakacyjny odpoczynek. To takie cudowne uczucie, gdy nie muszę myśleć o maturze, rozwiązywać testów, uczyć się i zarywać nocy. Hm, no dobrze. Zarywanie nocy trwa nadal. Z tą maleńką różnicą, że teraz nie muszę tych nocy spędzać nad książkami! Przede mną najdłuższe wakacje w życiu. Czas szaleństw, radości, ale przede wszystkim odpoczynku od maturalnego stresu.

Aleksandra Krowicka

© 2019 Perspektywy.pl    O nas | Patronaty | Polityka Prywatności | Znak jakości | Reklama | Kontakt