MegaBaza edukacyjna Perspektywy®










fot. PAP/Andrzej Rybczyński

Rozmowa z Tomaszem Schuchardtem – aktorem – o nowym filmie Kebab i Horoskop, teatrze oraz podejściu do życia i zawodu.

- W filmie Kebab i Horoskop w reżyserii Grzegorza Jaroszuka wcielasz się w postać Dawnego Kibica. Dlaczego zdecydowałeś się zagrać w tym filmie?
- Cała formuła Kebaba jest dla mnie powrotem do polskiej tragikomedii, czego w ostatnim czasie, poza obrazami Marka Koterskiego, w ogóle nie było. Kiedy dostałem scenariusz, okazało się, że jest fajnie napisany. Widziałem jego Opowieści z chłodni – podobały mi się, a formuła była podobna. Dawny Kibic też mi się spodobał.

-Kim on jest?
- To człowiek samotny przede wszystkim, a koniecznym dopełnieniem jest słowo smutny. Brak miłości definiuje jego życie.

- Jaką rolę odgrywa ta postać w bankrutującym sklepie z dywanami?
- Jest pomocnikiem fizycznym. Poza dyrektorem, czy kasjerem w takim sklepie musi być ktoś, kto te dywany będzie nosił i wkładał na miejsce. De facto, w tym sklepie nie ma za dużego ruchu. Dawny Kibic raczej sobie siedzi i patrzy na dywany.

- O czym, Twoim zdaniem, jest ten film?
- Na pewno mówi o wielkiej samotności w różnych wymiarach, i to łączy postaci. Każdy szuka miłości. Nikt jej nie ma. I to trochę jest o tym. Komedia o samotności. Tragikomedia.

- Film jest pełnometrażowym fabularnym debiutem Jaroszuka. Mówi się, że jest jednym z najbardziej obiecujących reżyserów młodego pokolenia. Jak przebiegała Wasza współpraca?
- Rolę dostałem bez castingu. Grześka spotkałem na planie Gośki Szumowskiej. Był tam jednym z asystentów. Dogadywaliśmy się na planie dobrze, mamy podobne poczucie humoru i poglądy. Kiedy już robił debiut, postanowił mnie zaangażować do swojego filmu. Porozumiewaliśmy się z nim z perspektywy człowiek-człowiek a potem reżyser-aktor. A to chyba w pracy jest najważniejsze, żeby dogadywać się po ludzku.

- Kebab i Horoskop, to komedia absurdu. To Twój pierwszy film tego typu. Czy wymagało to od Ciebie specjalnego przygotowania?
- Nie dostałem wcześniej propozycji pójścia na casting do takiego filmu. Natomiast we mnie są duże pokłady poczucia humoru, a przygotowanie do filmu jest wtedy, kiedy masz grać coś dalekiego od siebie. Tu jednak, cały film był oparty bardziej na wspólnym klimacie i złapaniu wspólnego samopoczucia z wszystkimi aktorami. Grzesiu dobrał bardzo fajne towarzystwo, które szybko się dogadało. W zasadzie wystarczyło filmować, tak mi się wydaje. Dlatego nie musiałem nic mentalnie w sobie zmieniać. Po prostu to się działo.

- Poza filmem, grasz w teatrze. Wcześniej należałeś do zespołu łódzkiego Teatru im. Jaracza. Teraz występujesz w stołecznym Ateneum. W sumie już rok?
- Na etacie jestem od września, ale wcześniej grałem tutaj gościnnie.

- Co spowodowało, że zmieniłeś miejsce pracy?
- Powodów było wiele… Po krakowskiej szkole teatralnej trafiłem do Łodzi. Kocham i zawsze będę kochał tamten teatr. I kocham tamtych ludzi. Mam nadzieję jeszcze się z nimi spotykać. Na razie, cały czas jest jeszcze jedno przedstawienie, w którym występuję. Ale miałem potrzebę zmiany. Z drugiej strony, od czasu skończenia szkoły teatralnej, mieszkam w Warszawie. W przyszłości też mam zamiar tu osiąść. Do Łodzi zawsze musiałem dojeżdżać będąc tam na etacie. Kolejną przyczyną było to, że w Łodzi jest bardzo duży zespół. Robiono mniej rzeczy, do których byłem potrzebny. Najpierw zadzwonił Boguś (Bogusław Linda – przyp. red.), z którym znaliśmy się już wcześniej z Ratowników i polubiliśmy się. Zaproponował mi gościnny udział w Tramwaju zwanym pożądaniem. Powiedział, że tylko mnie widzi w roli Stanley’a. Kiedy zrobiłem to przedstawienie, dyrektor Domalik powiedział, że widziałby mnie w zespole Teatru Ateneum. Z Teatru Dramatycznego przeszła Julka Kijowska, Marcin Dorociński, Agata Kulesza. Potem jeszcze Aśka Kulig, Emilka Komarnicka. Stwierdziłem, że tworzy się ciekawy zespół i to chyba dobra decyzja. Do tego tutaj zawsze byli świetni aktorzy.

- Twój pierwszy spektakl w Ateneum, to Tramwaj zwany pożądaniem i jedna z głównych ról. Czy obawiałeś się porównań do aktorów dotychczas wcielających się w postać Stanley’a? Czy obawiałeś się krytyki?
- Zawsze chyba tak jest, że można się bać porównań i krytyki. Jeżeli coś jest robione kolejny raz – nie ważne, czy poprzednia wersja była dobra. A w tym przypadku, były to wybitne role. Pamiętny Marlon Brando w filmowej i teatralnej wersji. W Ateneum Roman Wilhelmii. Krzysztof Warlikowski zrobił Tramwaj z udziałem Andrzeja Chyry. Na starcie Bogusław Linda powiedział mi i sam wyszedłem z takiego założenia, że jeżeli chcielibyśmy porównywać się do tego, co było wcześniej, to lepiej od razu się rozejdźmy. Próbowalibyśmy coś powielić. Odciąłem się od tego, co było wcześniej i nie było żadnego stresu. Tak naprawdę miała to być nowa rzecz – nasza.

- Wracając do krytyki. Mówi się, że aktor musi mieć skórę krokodyla a przy tym niesamowitą wrażliwość. Zawód, który uprawiasz niejednokrotnie wymaga wyciągnięcia na zewnątrz tego, co często ukrywamy. Jak radzisz sobie z emocjami?
- Wychodzę z założenia, że każdy zawód ma swoje prawa. I dokładnie na tym samym one polegają. Emocje towarzyszą wszędzie. Może w trochę innym wymiarze. Tutaj pewne rzeczy trzeba robić publicznie. Ale nie możemy myśleć, że nasz zawód jest wyjątkowy pod tym względem. To mogłoby prowadzić do zgubnego podejścia. Coś narcystycznego a potem egocentrycznego zaczęłoby wychodzić. A tego bardzo nie lubię, bo inaczej zostałem wychowany. Jak sobie radzę? Mam świetnych ludzi, którymi się otaczam i oni pozwalają mi zapominać o tym, co dzieje się na scenie. W tym zawodzie są wzloty i upadki. Wiadomo, że wzloty są fajniejsze do przeżywania. Ale i upadki musisz mieć z kim dzielić. Mam wspaniałą narzeczoną, rodzinę i przyjaciół. To jest coś, co nie pozwala w tym wszystkim zwariować.


fot. Jacek Drygala - Kadr z filmu Kebab i Horoskop. Na zdjęciu od lewej: Justyna Wasilewska, Tomasz Schuchardt i Anna Haba

- W jednym z wywiadów powiedziałeś, że wybierając szkołę teatralną byłeś pewien, że nie nadajesz się do filmu. Twój dorobek mówi zupełnie coś innego. Może po prostu jesteś za skromny?
- Wtedy dokładnie tak myślałem. Pewne rzeczy odkrywa się w trakcie. Do łódzkiej filmówki w ogóle nie złożyłem papierów. Nawet nie przeszło mi to przez myśl. Nie wydawałem się sobie fotogeniczny. Każdy tak ma, że samego siebie widzi inaczej. Ale potem życie to weryfikuje. Po szkole od razu dostałem zaproszenie na casting do filmu Marcina Wrony. Potem była nagroda, która spowodowała, że trochę propozycji nawet nie pracy a pójścia na casting było. Kilka filmowych rzeczy udało mi się zrobić a mniej teatralnych. Ale to nie zmienia faktu, że dalej chcę działać w teatrze. Tutaj można budować swój warsztat, który potem ma się szansę pokazać przed kamerą. Uważam, że płodozmian jest bardzo potrzebny w tym zawodzie. Jeśli ktoś ma możliwość pracy przy dubbingu, nagrywania w radio, czytania audiobooków, czy innych różnych rzeczy, to również jest ciekawa odskocznia, a jednocześnie praca zawodowa.

- Jesteś porównywany do aktorów Tila Schweigera i Leonardo DiCaprio. Jak na to reagujesz?
- Nie widzę żadnych podobieństw, więc reaguję na to śmiechem. Ale rozumiem, że komuś jest to potrzebne, żeby sobie segregować i układać w szuflady. Czasem co prawda mówię no jest Pacino, jest Gajos, no jest nas nie wielu (śmiech). Miałem możliwość podczas Gali Sylwestrowej pogadać z Agatą Kuleszą. Jest wiele zamieszania wokół Idy. Dostała wiele nagród, w tym Oskara. Agata musi udzielać mnóstwo wywiadów. Cały czas bywa do kogoś porównywana. Ona tylko się z tego śmieje. No przecież każdy z nas jest po to stworzony, żeby robić swoje. Oczywiście patrzę w dorobek moich kolegów, bo im kibicuję. Ale to nie jest tak, że będziemy się jakoś specjalnie porównywać. Jeśli chociaż części podoba się to, co robimy, to ma to sens.

- W kilku filmach zagrałeś żołnierza (Chrzest, Misja Afganistan, Miasto 44, Karbala). Wizualnie mundur do Ciebie świetnie pasuje, ale czy i charakter masz typowo wojskowy? Mam na myśli predyspozycje zewnętrzne i wewnętrzne aktora do konkretnych ról.
- Poznałem kilku żołnierzy, przeszedłem parę szkoleń wojskowych, chociaż w wojsku nigdy nie byłem. Jeżeli chodzi o predyspozycje fizyczne, to każdy aktor w miarę sprawny fizycznie na pewno się nadaje. Co to znaczy mieć psychiczne predyspozycje? Poznałem tych żołnierzy z różnych stron. Wiem, że wielu z nich – szczególnie tych, którzy byli na misjach i uczestniczyli w ogniu bojowym – boryka się z wieloma psychicznymi problemami. Tak naprawdę nikt w Polsce się tym nie interesuje. To, że oni są żołnierzami nie znaczy, że sobie świetnie radzą. Zapewne jest jakaś siła psychiczna, ale nie wszyscy ją posiadają. Po tych wszystkich filmach potwierdziło się to, co wiedziałem zawsze – jestem totalnym pacyfistą. Nie mógłbym do kogoś strzelić, kogoś zabić, nawet zranić. Do tego dochodzi strach o własne życie, które bardzo lubię i cenię. Chce mi się żyć a nie ginąć. Dużo na ten temat rozmawialiśmy przy Mieście 44. Próbowaliśmy sobie wyobrazić tamte czasy i sytuacje. Ale tak naprawdę to jest niemożliwe i nie powinniśmy tego robić. Dobrze, że tego nie mamy i nawet o tym nie myślmy. Pewnie pierwszą rzeczą, którą wielu Polaków zrobiłoby dzisiaj, to ukryliby bardzo dobrze swoje rodziny. Tak, żeby nikt nie mógłby ich znaleźć. Nie chcieliby chwytać za broń i lecieć na pierwszą linię frontu. W tamtych czasach też byli tacy ludzie. I to nie nazywa się brakiem bohaterstwa, czy patriotyzmu.

- Rola, której w ogóle nie chciałbyś zagrać, to…
- Jestem aktorem i to jest mój wybór. Powinienem przyjąć każdą rolę. Ale tu bardziej chodzi o inną kwestię. Czy to jest gra warta świeczki? Czy istnieje szansa na rozwój? Uważam, że to jest najważniejsze w wyborze roli. Ale są też inne kwestie, które mnie jeszcze nie dotyczą, ale wielu moich kolegów tak i całkowicie to rozumiem. To są wybory życiowe – potrzebne pieniądze, bo dzieci, żona, dom, kredyt we frankach. A w perspektywie mojego wychowania trzeba być mężczyzną. Zresztą mówię sobie, że kiedyś jeszcze zagram w reklamie piwa, bo bardzo chciałbym (śmiech).

- Czym jest dla Ciebie zawód aktora i jaki widzisz w nim sens?
- Wybrałem sobie ten zawód i bardzo go kocham. Nie potrafię wytłumaczyć, na czym polega sens… Po prostu lubię to robić i dla mnie to ma sens. Ale nie mam zamiaru przekonywać nikogo, kto uważa, że jest inaczej. Oczywiście, literacko z dawien dawna często się mówiło, że jesteśmy po to, żeby nieść kaganek oświaty. Aktorstwo jest zawodem weryfikowanym przez publiczność. I to jest bardzo ważne. Jeżeli publiczność przychodzi do teatru, czy kina i chce jakiegoś przeżycia, a my to poniekąd dajemy, to o to właśnie chodzi. To są duże słowa, których nie lubię. Ale myślę, że one mają sens w rozmowie o tym, czym jest aktorstwo. Przede wszystkim, nie mogę zapomnieć, że jestem człowiekiem. A przy okazji aktorem. I tyle.

- Nie marzyłeś o aktorstwie od dziecka. Jesteś absolwentem klasy licealnej o profilu matematyczno-fizycznym.
- Kiedy pisałem egzaminy przed pójściem do liceum, to lepiej napisałem te z części matematyczno-przyrodniczej. Stąd mój wybór profilu. Matematykę bardzo lubiłem, ale okazało się w trakcie, że wcale nie jestem do tego aż tak stworzony. A oprócz tego przez cały czas, miałem taką przypadłość, że lubiłem uczyć się wierszy na pamięć. Często sam dla siebie. Lubiłem mówić je przed lustrem. Nie rejestrowałem tego na zasadzie, że to mi wytyczy jakąś drogę. Miałem chyba wszystkie klasyczne etapy młodego chłopaka. Od bycia policjantem, strażakiem, piłkarzem aż po superbohatera. A później dostałem się do szkoły teatralnej. Pewnie gdybym za pierwszym razem się nie dostał, to nie próbowałbym ponownie. Po pierwszych zajęciach wiedziałem, że to jest to, co chcę robić. Ale znalezione przypadkiem.

- Zdawałeś awaryjnie do innych szkół?
- Złożyłem papiery na Politechnikę Gdańską i na Uniwersytet Gdański.

- Na jakie kierunki?
- Na matmę i historię. I śmiesznie, bo się dostałem. Ale gdybym się nie dostał na aktorstwo, to na etapie matury pewnie wybrałbym historię.

- Jakie plany zawodowe na najbliższy czas ma Tomek Schuchardt?
- Nie lubię o tym mówić, ponieważ nie wiadomo jak to się wszystko potoczy. Nawet, jeżeli coś jest podpisane, to wcale nie znaczy, że tak będzie. Ale plany są. Jeśli się udadzą, to wtedy będziemy rozmawiać.

Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiała: ANITA KRUK

TOMASZ SCHUCHARDT – urodzony w roku 1986 w Stargardzie Gdańskim. Absolwent I Liceum Ogólnokształcącego im. Mikołaja Kopernika w Gdańsku – klasa o profilu matematyczno-fizycznym (2005) oraz Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie (2009). W latach 2010-2014 występował w Teatrze im. Stefana Jaracza w Łodzi. Od roku 2014 aktor Teatru Ateneum im. Stefana Jaracza w Warszawie.

Otrzymał nagrody filmowe: Nagrodę za pierwszoplanową rolę męską w filmie Marcina Wrony Chrzest na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni (2010); Nagrodę za drugoplanową rolę męską w filmie Leszka Dawida Jesteś Bogiem na Gdynia Film Festival (2012) oraz Nagrodę dla najlepszego aktora w Konkursie Polskich Filmów Fabularnych na Międzynarodowym Festiwalu Kina Niezależnego "Off Plus Kamera” w Krakowie (2013). Otrzymał również nagrody teatralne: III indywidualną nagrodę aktorską za rolę Eugeniusza Siergiejewicza Dorna w przedstawieniu dyplomowym PWST w Krakowie Mewa w reż. Natalii Sołtysikna Festiwalu Szkół Teatralnych w Łodzi (2009); Nagrodę im. Andrzeja Nardellego za najlepszy debiut aktorski na scenach polskich teatrów dramatycznych, rola Jakuba z Cloyes w Bramach Raju w reż. Małgorzaty Bogajewskiej w Teatrze im. Stefana Jaracza w Łodzi (2010).

Wystąpił: m.in. w filmach: Chrzest w reż. Marcina Wrony, Wymyk w reż. Grzegorza Zglińskiego, Jesteś Bogiem w reż. Leszka Dawida, Miasto 44 w reż. Jana Komasy, Kebab i Horoskop w reż. Grzegorza Jaroszuka, Karbala w reż. Krzysztofa Łukasiewicza; m.in. w serialach: Ratownicy w reż. Marcina Wrony, Misja Afganistan w reż. zbior., Głęboka woda. Sezon II w reż. zbior.; w Teatrze Telewizji: Tajny współpracownik w reż. Krzysztofa Langa; w Teatrze Polskiego Radia: Spalenie matki w reż. Pawła Sali.

W Ateneum gra w Rzeźni Sławomira Mrożka, najnowszej premierze teatru.

© 2019 Perspektywy.pl    O nas | Patronaty | Polityka Prywatności | Znak jakości | Reklama | Kontakt