
Egzamin i Plac zabaw to mocne filmy o etyce dzisiejszych nastolatków. Ale również o społeczeństwach, zbudowanych przez pokolenie ich rodziców.
– Zrobiłem „Egzamin”, bo martwię się o moje dzieci. Chcę, żeby zachowały szacunek dla innych, nie musiały walczyć o byt za wszelką cenę i nie brały udziału w bezdusznym wyścigu. Ale może powinienem dać im też narzędzia, by poradziły sobie w rzeczywistości, w której liczą się twarde łokcie? – pyta Cristian Mungiu, świetny rumuński reżyser, laureat canneńskiej Złotej Palmy za 4 miesiące, 3 tygodnie, 2 dni. Teraz zaprezentował swój najbardziej osobisty film. Wpisał się nim ważną dyskusję o moralności współczesnych młodych ludzi.
Mungiu opowiada o bliskich mu ludziach – inteligencji z rumuńskiego miasta Kluż. Córka lekarza w wieku średnim podchodzi do matury. Zaraz ma wyjechać na stypendium do Anglii, musi tylko uzyskać odpowiedni wynik. Jednak dzień przed egzaminami ktoś napada ją na ulicy i usiłuje zgwałcić. W obawie, że straumatyzowana dziewczyna zawali test, ojciec postanawia jej „załatwić” dobrą ocenę.
Mungiu sportretował społeczeństwo dziko skorumpowane. Zbudowane na kłamstwie. Fałsz zaczyna się tu na poziomie rodziny, gdy mężczyzna nie umie przyznać, że jego małżeństwo jest fikcją. I zatacza coraz szersze kręgi. Drobne ustępstwa moralne kumulują się, aż sprawiają, że nie da się żyć. Jednak to także realia, w których nikt nie myśli o drugiej osobie, a ostatnie strzępy zaufania rodzą się wyłącznie w nielegalnych aktach. Jakby bohaterowie żyjący na pograniczu dwóch systemów, z obu czerpali to, co najgorsze: komunistyczną mentalność łączą z kapitalistycznymi chciwością i brakiem solidarności.
Mungiu zostawia widzów z pytaniem: od kogo w tym świecie mają czerpać wzorce młodzi? – Najlepiej naszą etykę odbija ruch uliczny w Bukareszcie – mówi mi. – Zawsze staram się mówić dzieciom o wartościach i zasadach. Ale codziennie rano, odwożąc je do szkoły, staję na tym samym skrzyżowaniu. Jeśli zatrzymam się we właściwym miejscu, inne samochody zajadą mi drogę i nie będę widział niczego przed sobą. Kierowcy zawsze popełniają tam wykroczenie, bo inaczej auta jadące prostopadłą ulicą zatarasowałyby wszystkim przejazd i nie moglibyśmy ruszyć na zielonym. Tylko, że ja na tylnym siedzeniu mam dzieci, które obserwują moje zachowanie. Co powinienem zrobić? Postępować zgodnie z prawem i tkwić na tym skrzyżowaniu jak dureń czy kombinować?

Cenę za błędy poprzednich generacji płacą również bohaterowie Placu zabaw Bartosza M. Kowalskiego. Troje dzieci z niewielkiego, polskiego miasteczka. Wiele je dzieli. Dziewczynka wychowała się w zamożnym domu klasy średniej. Jeden chłopak zajmuje się niepełnosprawnym ojcem. Dla drugiego codziennością jest bieda. Liczenie każdej złotówki i dopraszanie się o jakiekolwiek pieniądze: na jedzenie czy kwiaty dla nauczycielki. Tę trójkę połączyła podstawówka. W ostatni dzień szkoły ich drogi się rozchodzą. To ostatni moment, aby dwunastolatka wyznała koledze uczucie. Ale na wszystkim cień położy tragedia.
Bartosz Kowalski pokazał przeraźliwą eskalację przemocy, amoralną nudę, stępienie wrażliwości. Ale przecież to wszystko nie wzięło się znikąd. Jeszcze przed finałowym aktem okrucieństwa, reżyser obserwuje agresję, która przeżera każdy gest i każde słowo nastolatków. Ich życie w szkole czy na podwórku przesiąka straszliwa rywalizacja. A bronią staje się choćby komórka, którą nagrywają wszystko, żeby później wrzucić do Internetu.
– Dzisiaj nikt nie może czuć się bezpieczny. Ani nauczyciel wykorzystujący swoją władzę ani kolega. Cały czas jest się narażonym na obserwację, hejt, wyśmianie. Wystawionym na cios – mówi reżyser. Nie pozwala sobie jednak na łatwe tłumaczenia. Nie szuka prostych wyjaśnień. I to uderza najmocniej w Placu zabaw: bezsens przemocy.
– To poważny problem społeczny – opowiada. – Nie umiemy sobie radzić z agresją. Na Lubelszczyźnie nastolatek razem ze swoją dziewczyną morduje rodziców. W Nowym Targu troje młodych ludzi przywiązuje do samochodu psa i jeździ z nim po leśnych drogach, dopóki nie skona. We wsi pod Gorzowem Wielkopolskim mały chłopiec topi zwierzę w wannie. Ale to nie są pojedyncze historie świrów z TVN-owskiej „Uwagi”. Takie rzeczy dzieją się codziennie. Biegła sądowa, którą poprosiłem o przeczytanie scenariusza „Placu zabaw”, nie była nim zaskoczona.
Plac zabaw jest terapią szokową,. Egzamin krzykiem bezradności. Ale oba te realistyczne, chłodne filmy łączy wizja biernego społeczeństwa. Także dlatego warto je obejrzeć. Aby nie móc dłużej odwracać wzroku od dramatów, które rozgrywają się tuż za rogiem.









