REKLAMA


REKLAMA


REKLAMA


REKLAMA


REKLAMA


REKLAMA


REKLAMA


REKLAMA


REKLAMA


Fot. Oliwia Łysień

Rozmawiamy z Przemysławem Staroniem, Nauczycielem Roku 2018, który uczy etyki, filozofii i wiedzy o kulturze w II LO w Sopocie i znalazł się wśród 50 pedagogów z całego świata nominowanych do Global Teacher Prize 2020 – najważniejszego nauczycielskiego wyróżnienia.

Zacznijmy ab ovo, czyli jak to się stało, że Przemek Staroń został nauczycielem?

Bardzo prosto. Ten zawód pociągał mnie od dziecka. A ściślej: kiedy byłem całkiem mały, chciałem zostać archeologiem. Niedługo potem zrozumiałem, że ten zawód marzył mi się tylko dlatego, że bycie archeologiem wiąże się z odkrywaniem tego, co zakryte, z jakimś poszerzaniem wiedzy czy poszukiwaniem skarbów. Ale zrozumiałem też, że tak naprawdę wcale nie chodzi mi o te fizyczne skarby – to potrzeba pracy z ludźmi okazała się silniejsza. Zatem, tak metaforycznie, ja tę archeologię przeniosłem właśnie na to, co teraz robię.

Czyli już jako dziecko bawiłeś się w szkołę?

Więcej: ja tę szkołę „robiłem”. Bo przez całe dzieciństwo pomagałem kolegom odrabiać prace domowe. Nie robiłem tego za nich, ja im po prostu tłumaczyłem, a oni mówili „o, jaaaa, ale to jest teraz proste, dzięki!”. Ale też – bo gdy w pewnym momencie, w podstawówce, bardzo często chorowałem i potrafiłem mieć w jednym semestrze 250 godzin nieobecności – to czerpałem przyjemność na przykład z tego, że brałem podręcznik do fizyki, czytałem kolejne rozdziały i sobie wyobrażałem, że komuś tłumaczę te zagadnienia. I do dziś uważam – co oczywiście wyklarowało mi się dużo później, ale już wtedy to czułem – że jedyną rzeczą, która jest lepsza od poznawania świata, jest przekazywanie wypływających z tego poznania odkryć dalej.

To kiedy zapadła klamka?

Jak byłem już w liceum, to mimo że uczyłem się w mat.-fizie, zostałem finalistą Olimpiady Literatury i Języka Polskiego. Bo ja w ogóle od zawsze miałem bardzo różnorodne zainteresowania, i ścisłe, i humanistyczne, i przyrodnicze, i techniczne... Ale sukces w olimpiadzie zaważył i zdecydowałem, że będę nauczycielem polskiego. Poszedłem z tym do mojego taty, żeby porozmawiać. A on mi wtedy powiedział: „Wiesz, super jest iść za pasjami, ale jednocześnie trzeba też w tym wszystkim być pragmatycznym. Nauczyciele zarabiają strasznie mało. A będziesz musiał się przecież utrzymywać”. Zacząłem się więc mocno zastanawiać, co tak naprawdę jest istotą tych moich różnorodnych pasji. I doszedłem do wniosku, że najbardziej fascynuje mnie po prostu człowiek. Potraktowałem to jak wskazówkę i postanowiłem iść na psychologię, zwłaszcza że miałem indeks z olimpiady. Znów poszedłem do taty, a ten stwierdził: „No i popatrz, jak pójdziesz na psychologię, będziesz mógł też uczyć, a jednocześnie nie będziesz skazany tylko na bycie w kiepsko opłacanym zawodzie”. No i tak się to wszystko rzeczywiście potoczyło. Po drodze zrobiłem drugie studia, z kulturoznawstwa, dzięki czemu mogę uczyć filozofii, etyki i wiedzy o kulturze. I dziś z jednej strony jestem psychologiem prowadzącym różne specjalistyczne zajęcia i warsztaty, a z drugiej licealnym nauczycielem. I w zasadzie to jest spełnienie mojej wizji o samym sobie w kontekście zawodowym.

Miałeś jako uczeń jakieś nauczycielskie inspirujące przykłady?

Było wielu takich ludzi, którzy w ogóle otworzyli mi oczy na różne rzeczy. Począwszy od moich rodziców i dziadków, którzy zawsze byli dla mnie wybitnymi nauczycielami, a skończywszy na przykład na panu Sławku od WDŻ w liceum, który mimo że miał z nami zaledwie kilka lekcji w ciągu całego roku, to bardzo zapadł mi w pamięć – sposób, w jaki z nami rozmawiał, był niesamowity. Potrafił powiedzieć, że jeśli uczeń jest nieszczęśliwie zakochany, to ma prawo do tego, żeby traktować go ulgowo, tak jak się traktuje innego ucznia, który wraca do szkoły po długiej chorobie. W elitarnym liceum, do którego chodziłem, nastawionym na sukcesy, rankingi i te wszystkie osiągnięcia, to była deklaracja zupełnie wyjątkowa. A mnie to całkowicie otworzyło oczy.

Jakie są zatem cechy dobrego nauczyciela?

Bezpośrednio dotarło to do mnie, kiedy już na studiach na psychologii trafiłem na wykład o kompetencjach trenera biznesu prowadzony przez dr. Jacka Sobka i dowiedziałem się, że dobrego trenera, wykładowcę i nauczyciela charakteryzuje następująca triada: wiedza, umiejętności przekazania tej wiedzy i kontakt z uczestnikami zajęć. Kiedy to usłyszałem, olśniło mnie – że to jest właśnie to, co sam czuję. Te kompetencje sprawdzają się wszędzie tam, gdzie pracujesz z ludźmi i albo masz przekazać jakąś wiedzę, albo masz stymulować postawy. Czyli nie tylko musisz tę wiedzę mieć i musisz umieć ją przekazać, ale – co najważniejsze – musisz umieć po prostu być z drugim człowiekiem, sprawić, żeby on się z tobą dobrze czuł. To zresztą wyszło też, kiedy robiłem praktyki na studiach z kulturoznawstwa. Przygotowałem wtedy pełno jakichś rekwizytów, rzutnik, jakieś atrakcyjne przykłady i tak dalej. Po zajęciach opiekunka praktyk zapytała mnie, co według mnie na tych zajęciach było najlepsze. I kiedy zacząłem mówić, że może rekwizyty, że może to czy tamto, ona powiedziała: „No tak, to było super, ale najważniejsze, że ja czułam się tutaj ważna. I potrzebna. Że każdy z uczestników tych zajęć czuł, że to nie jest tylko występ, ale rozmowa, relacja, że ty mówisz do każdego z nich”. Potem jeszcze dużo czytałem na ten temat i wszędzie to się powtarzało – że celem w tym zawodzie jest właśnie stworzenie dobrej relacji z odbiorcami. I dopiero ta dobra – bezpieczna i empatyczna – relacja może sprawić, że uczeń będzie gotowy do zmiany, czyli do uczenia się.

I jako nauczyciel odnosiłeś już potem same sukcesy?

Wszystko zależy od tego, co uznać za sukces, a co za porażkę. Wiele osób, patrząc na mnie z zewnątrz, widzi takie „złote dziecko” – pasmo sukcesów, wszystko mu się udaje... Ale ja na to patrzę inaczej i wcale tego nie ukrywam. Sam w podstawówce byłem zawsze takim „najlepszym uczniem”. A jednocześnie, jak trafiłem z jednej podstawówki do drugiej, przeżyłem klasyczną nerwicę szkolną. Jak mówiłem – dużo chorowałem, ale te choroby miały podłoże psychosomatyczne, jak dobrze oceniła moja pediatra. Mimo że moi rodzice byli i są wzorem wsparcia, a także miałem bardzo fajnych nauczycieli, mnie przerastał terror systemu, który nieświadomie sobie uwewnętrzniłem. To doświadczenie spowodowało, że uświadomiłem sobie, że można mieć sukcesy edukacyjne, a jednocześnie być życiowo czy emocjonalnie zupełnie... roztrzaskanym. I z tą świadomością szedłem dalej po tej mojej szkolnej drodze – że sukces to jest bardzo często coś, co przykrywa wiele różnych rzeczy. To jak na tych memach, gdzie widzisz wielkie i wyraźne „OK”, tylko że to „OK” stanowi środek wyrazu „broken”.

Zatem podejrzliwie traktujesz każdy sukces?

Sukces jest w porządku, ale tylko jeśli jest pochodną pasji, troski, szerzenia dobra, bycia szczęśliwym. Jeśli natomiast ta kolejność jest zaburzona i poświęcasz dla sukcesu bycie szczęśliwym, to nie masz pewności, do jakiej czarnej dziury Cię ten sukces doprowadzi – a w końcu do jakiejś na pewno. Ambicja może człowieka zabić. Dlatego mam takie przekonanie, że te wszystkie osiągnięcia, którymi potem szkoły sobie zdobywają miejsca w rankingach, jeszcze o niczym nie świadczą. One, w takim egzystencjalnym rozumieniu, same w sobie są puste. I niestety często właśnie pod ich spodem leżą dramaty młodych ludzi, o których emocje mało kto się troszczy.

A mimo to sam jesteś nauczycielem z 40 olimpijczykami z Olimpiady Filozoficznej na koncie...

I nie ma w tym żadnej sprzeczności. Mogę śmiało powiedzieć: te dzieciaki osiągnęły sukces, ponieważ usilnie pokazuję im, że to nie sukces jest priorytetem. On jest pochodną, czasem narzędziem, nigdy celem. Człowiek najlepiej się rozwija na mocy radości z poznawania wiedzy i na mocy relacji tworzonych z innymi. Sukces nie jest – i nie może być – osią działań. Te moje dzieciaki po prostu cieszą się radością bycia we wspólnocie, która jest prawdziwą universitas, i jednocześnie mają świadomość pragmatyki i wartości utylitarnych skutków posiadania tytułów olimpijskich.

I już?

Tak! Mam taką filozofię życiową, opartą na danych psychologii i medycyny, że my, ludzie, nie potrzebujemy wcale sukcesu, tylko poczucia sensu i wypływającego zeń poczucia szczęścia. I dopiero jeśli ten sens się pojawia, a ściślej mówiąc: jeśli podążamy drogą sensu, szczęście przychodzi samo. I sukces też. Bo to skutek uboczny. Jak mawia bowiem mądrość Konfucjusza – jeżeli chcesz coś ścisnąć, musisz to najpierw rozciągnąć.

A porażka? Przemek Staroń ma coś takiego na koncie?

Oczywiście. Tylko że ja uważam, że jedyną osobą, z jaką człowiek konkuruje, jest on sam. Albo raczej: on sam z wczoraj. Czyli chodzi tu o postawienie sobie codziennie pytania: „Czy będę lepszy niż wczoraj, czy popełnię te same błędy?”. I o swoich porażkach myślę tylko w tym aspekcie – nie zamierzam się samobiczować, ale muszę powiedzieć sobie: „No rany, mogłeś to wczoraj ogarnąć lepiej. Ale ok, dziś jest dziś, dajesz”.

Wróćmy do szkoły. Podaj jakieś przykłady tego, jak pracujesz z uczniami na lekcjach.

W ramach WOK-u zadaję na przykład taki projekt: uczeń ma przynieść na zajęcia coś, co pokazuje jego uczestnictwo w kulturze. To może być ulubiona książka, ale też coś, co ktoś robi w internecie, albo coś związanego z tym, jak i co ćwiczy w sensie dyscypliny sportowej, bo przecież sport to też część kultury, albo jakieś swoje kolekcje. A najlepiej wszystko, co chce.

Chcesz ich w ten sposób poznać, zdefiniować?

Poznać tak, ale nie zdefiniować. Człowiek jest niedefiniowalny, a jeśli nawet, to tylko aproksymatywnie i jedynie w ramach samodefiniowania. Te wszystkie rzeczy mają być platformą do rozmowy. Do tego, by w końcu mogli opowiedzieć o tym, co jest dla nich samych ważne. Chcę im w ten sposób pokazać, że mogą się tym podzielić z innymi. I to w szkole. Bo wychodzę z założenia, że te dzieciaki są generalnie bardzo zniszczone przez system, przez lata edukacji szkolnej każdy młody człowiek wytwarza sobie tożsamość na podstawie tego, jak jest oceniany, czy jest ceniony, czy nie. I przez to zatraca siebie i to, co najpiękniejsze w uczeniu się – radość z poznawania świata. A moim zadaniem jest pomaganie im w szukaniu antidotum na ten system.

Zdarza się, że ktoś nie odrobi tego zadania?

Rzadko. Bywa, że ktoś coś weźmie od kolegi, ale ja to w czasie rozmowy wyczuwam. Wtedy mówię: „Wiesz, jakoś mnie to nie przekonuje, nie czuję w tym ciebie. Może przyjdź jeszcze raz z czymś jutro, takim totalnie twoim, pogadamy chwilę, dostaniesz piątkę”.

I dostaje?

Nawet szóstkę! I dostaje ją każdy, kto to zrealizuje. Tylko że u mnie taka szóstka zanotowana jest z komentarzem jako na przykład „100 punktów dla Gryffindoru”. I to działa tak, że wprawdzie na świadectwie jest piątka czy szóstka, ale te dzieciaki wiedzą, że tak naprawdę to są punkty dla Gryffindoru. Albo dla innego domu, bo czasem się zdarza słyszeć: „Proszę pana, ale ja jestem w Slytherinie” [śmiech].

???

Wiesz, my przyjmujemy za oczywiste to całe ocenianie, a tymczasem to jedna z najbardziej idiotycznych rzeczy w świecie edukacji. Ja mam taką cechę, że zawsze bardzo dokładnie, ze zrozumieniem, czytam różnego rodzaju regulaminy czy instrukcje. Wszystko po to, by sprawdzić, co mi wolno, a czego nie, bo ze mnie jest taki trickster, mitologiczny przechera robiący różne kreatywne, ale absolutnie nikogo niekrzywdzące fortele. I dlatego że czytam te rozporządzenia, regulaminy i tak dalej, mam świadomość, że wiele rzeczy, o których większość nauczycieli myśli, że je trzeba robić, tak naprawdę... wcale nie jest obowiązkowa. Czyli w kontekście ocen: moim zadaniem jako nauczyciela jest sformułować kryteria oceniania. Nie mam natomiast obowiązku robić klasówek, testów czy ustnych odpytywań. Więc mogę sobie ustawić takie kryteria oceniania, które uważam za słuszne, i mam tego przestrzegać, realizując podstawę programową. To wszystko.

I to działa?

Tak. Pytałaś mnie o przykłady pracy z uczniami. Kiedy po roku pracy w liceum poszedłem do dyrektora i powiedziałem mu, że chcę się zająć przygotowaniem uczniów do Olimpiady Filozoficznej, usłyszałem, że super, dyrekcja będzie mnie wspierać, tylko muszę mieć świadomość, że to nasze liceum jest… przeciętne, „nierankingowe”. Stwierdziłem, że spróbuję zaaplikować moje metody i zobaczymy. I po kolejnym roku pracy miałem pierwszych olimpijczyków. A przecież do tej olimpiady trzeba mieć ogromny zasób wiedzy.

Cudowny składnik recepty to zatem...?

Połączenie składników! Cała zabawa polega na tym, żeby uczniów odpowiednio zmotywować, żeby oni chcieli wiedzieć, a nie żeby wiedzieli tylko dlatego, że ich oceniam. Ja nie mówię, że mamy porzucić ocenianie. Każdemu z nas potrzebne są wskazówki, feedback, konstruktywna krytyka. No ale właśnie, to jest prawdziwe ocenianie kształtujące, a nie procentowe pojęcie sprawiedliwości i sześciostopniowa skala oceny świata! Na przykład kiedy moi olimpijczycy piszą eseje, uczę ich argumentować, mówiąc: „Słuchaj, ta argumentacja idzie ci coraz lepiej. O, tu ująłeś to rewelacyjnie. Ale z kolei tutaj napisałeś to trochę na zasadzie bo tak powiedział św. Tomasz. A pomyśl, jakby ktoś cię do czegoś przekonywał, tłumacząc to prawda, bo tak mówi św. Tomasz, to uwierzyłbyś mu?”. Uczeń odpowiada: „O matko, to jak ksiądz, który mówi, że nie możemy używać antykoncepcji, bo ktoś tak sobie stwierdził”. A ja wtedy: „No właśnie. Jeśli ciebie nie przekonują argumenty z autorytetu, to pewnie recenzentów na olimpiadzie też nie przekonają. Jak myślisz, jak można by to inaczej sformułować?”. I wtedy uczeń zaczyna myśleć, poprawiać się, sam chce zrobić to lepiej.

Bez ciśnienia na sukces...

Bez. I znów wracamy do Konfucjusza. „Chcesz coś ścisnąć? Najpierw musisz to rozciągnąć”. Chcesz, by strzała poleciała w lewo? Naciągnij cięciwę w prawo. I ja właśnie tak staram się pracować. Jeśli chcesz, żeby dziecko miało prawdziwe sukcesy, musisz je wcześniej „odsukcesowić”.

W którymś z wywiadów powiedziałeś, że twoją ambicją jest uczyć krytycznego myślenia. Nie spotykasz się z oporem?

Oczywiście, że się spotykam. Opór jest wliczony w całą tę zabawę. Ale pozostaje pytanie, co z tym oporem zrobimy. Ja nie jestem odpowiedzialny za wybory drugiego człowieka – mogę mu tylko pomóc wybrać, ale to on ostatecznie decyduje.

I nie traktujesz takiej decyzji jak porażki?

Nie, ponieważ uważam, że życie jest procesem, więc pewne wybory następują wtedy, kiedy ktoś jest na nie gotowy. Każdy ma na to inny czas, rozwija się, jest w procesie, żyje. I nie można oceniać „on taki jest” i stawiać na nim krzyżyk. Wiesz, jaka będziesz za rok? Ja nie wiem, jaki będę. I młodzi ludzie tak samo. Zwłaszcza młodzi ludzie, przecież oni wszyscy kształtują dopiero swoją tożsamość. My w ogóle mamy tendencję do patrzenia na życie w sposób statyczny, unieruchamiający rzeczywistość do jednego punktu, który jest teraz. Tak jak pięknie metaforycznie mówił wybitny filozof, który zresztą otrzymał literackiego Nobla, Henri Bergson, rzeka to nie suma nieruchomych kropli, a my tymczasem próbujemy ująć rzekę za pomocą kroplomierza. Życie jest zmianą, żywiołem, pędem. My je unieruchamiamy w „teraz”, ale kiedy trzeba być tu i teraz, trzeba być uważnym, to nie jesteśmy. Rozpamiętujemy przeszłość, uciekamy w przyszłość. Myślę, że to dobrze pokazuje, że naprawdę jedynym konkurentem dla siebie jesteśmy my sami i chodzi o to, aby po prostu pracować nad sobą, aby osiągać dojrzałość w postrzeganiu świata i adekwatnym reagowaniu na to, co przynosi nam życie.

A propos „teraz” i wracając do Twojej idei nauczania opartego na relacjach – obecna sytuacja, zamknięcia szkół i edukacji zdalnej, nie jest przypadkiem zagrożeniem dla tak rozumianego procesu dydaktycznego?

Wręcz przeciwnie: to, co się dzieje teraz, traktuję jako szansę. Uważam bowiem, że obecny system edukacji zupełnie nie przystaje do rzeczywistości, został wymyślony dla dzieci, które żyły dekady dekad temu, a nie dla tych, które trafiają do szkół dzisiaj. I obecny kryzys doskonale pokazuje, jak wiele rzeczy w szkole jest niepotrzebnych, głupich, anachronicznych, nieskutecznych i bezsensownych. W ogóle nastąpił gwałtowny powrót realnych priorytetów, ludzie sobie uświadamiają, że ważne jest to, żebyśmy byli, byli ze sobą, mieli co jeść, mogli być wolni, mogli być zdrowi, żebyśmy się cieszyli, poznając wspólnie świat, a nie oddawali się iluzjom i wydmuszkom, co w przypadku edukacji zdalnej oznacza zawalanie się milionami kart pracy i temu podobnych. Dziś ratunek dla świata, który przegrał z nieprzemyślaną globalizacją, stanowi właśnie powrót do prawdziwych wspólnot, bycia, uczenia i uczenia się, oraz działania. I choć pewnie po ustąpieniu pandemii system edukacji nie zmieni się ot tak, to jednak mamy teraz czas wielkiej przemiany świadomości, więc świat, do którego wrócimy, będzie musiał stać się inny, bo my już będziemy inni, bo my już jesteśmy inni. Czyli tak jak w ostatnich Gwiezdnych Wojnach powiedziała Księżniczka Leia – może w tej chwili nie mamy floty, ale mamy ludzi.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Magda Tytuła

 

Przemysław Staroń

Psycholog i kulturoznawca, wykładowca Uniwersytetu SWPS i współzałożyciel Centrum Rozwoju Jump, w ramach którego wspiera rozwój i stymuluje umiejętność myślenia młodzieży, dorosłych i seniorów.

Nauczyciel mianowany, twórca Zakonu Feniksa, nagrodzony przez Komisję Europejską orędownik spotkań pokoleń. Wybrany Człowiekiem Roku 2019 w kategorii „Wzorowe sprawowanie” w plebiscycie czytelników „Gazety Wyborczej”. Wyróżniony w konkursie im. Ireny Sendlerowej „Za naprawianie świata”. Nagrodzony LGBT+ Diamond 2019 Polish Business Award. 

Tutor niemal 40 finalistów i laureatów Olimpiady Filozoficznej, fan kreatywnego nauczania i twórca pracowni #utrzy, jako prekursor wykorzystania Snapchata w edukacji nazywany profesorem Snapem. Nauczyciel Roku 2018. W marcu trafił do ścisłego finału (wybrany spośród 120 tysięcy zgłoszonych nauczycieli z całego świata) nauczycieli nominowanych do Global Teacher Prize.

© 2022 Perspektywy.pl   O nas | Polityka Prywatności | Znak jakości | Reklama | Kontakt!!!