REKLAMA


REKLAMA


REKLAMA


REKLAMA


REKLAMA


REKLAMA


REKLAMA


REKLAMA


REKLAMA


Dziś wyjazdy na pełny tok studiów trudno już uznać za znaczący element umiędzynarodowienia uczelni. Przyszłością uniwersytetów są krótkoterminowe mobilności, które sprzyjają rozwijaniu kompetencji 4.0 i pomagają tworzyć rozległe sieci kontaktów naukowych czy dydaktycznych – twierdzi dr Paweł Poszytek, dyrektor Narodowej Agencji Programu Erasmus+.

– Panie Dyrektorze, czy pandemia zaszkodziła Erasmusowi+?

– Wręcz przeciwnie. Jeśli opierać się tylko na statystykach, to widać, że nawet w najgorszym pandemicznym roku, czyli w 2020, mieliśmy o ponad 10 procent więcej wniosków niż w poprzednich latach.

– Jak Pan to wytłumaczy?

– Po kilku miesiącach niepewności i zawieszenia wyjazdów zagranicznych jeszcze mocniej doceniono wartość współpracy międzynarodowej. Okazało się, że ta forma prowadzenia badań czy dydaktyki stanowi już normalny element funkcjonowania szkół i uczelni. Więc kiedy minęła największa niepewność związana z sytuacją epidemiczną i restrykcjami, ludzie uwierzyli, że kryzys musi się niebawem skończyć, i uznali, że warto znów aplikować o środki, by wrócić na normalne tory współpracy międzynarodowej, bo ona jest im po prostu potrzebna, tak w zakresie działalności naukowej, jak i dydaktycznej.

– A jednak część projektów ucierpiała wskutek pandemii?

– To prawda. Zgodnie z danymi Komisji Europejskiej, które potwierdzają też nasze statystyki, zawieszonych zostało około 30 procent wszystkich projektów.

– I według Pana to „aż 30 procent” czy „tylko 30 procent”?

– Zdecydowanie „tylko 30 procent”. Ale by to wyjaśnić, warto się tym statystykom przyjrzeć głębiej. Dlatego też prowadziłem badania [wnioski z tych badań można znaleźć w publikacji The Competences 4.0 as Facilitators in the Realisation, Management and Sustainability of Erasmus+ Projects in the Times of the COVID-19 Pandemic – przyp. red.], które miały m.in. dać odpowiedź na pytanie, jakie projekty nie zostały sfinalizowane. Interesowało mnie na przykład, jak poradziły sobie projekty, w których zaangażowanych było wielu partnerów. I co ciekawe, okazało się, że najmniejszy odsetek zawieszonych projektów, czyli około 8 procent, wystąpił w obrębie tych projektów, które miały co najmniej pięciu partnerów. I te właśnie dane to cloux odpowiedzi na pytanie, czy pandemia zaszkodziła programowi Erasmus+. Bo przecież wydawałoby się, że im większa liczba partnerów, tym mniejsze szanse na powodzenie projektu w sytuacji kryzysowej, kiedy wprowadzane są restrykcje dotyczące mobilności. Tymczasem to właśnie projekty angażujące wielu partnerów były najtrwalsze.

– Co nam to mówi?

– To praktyczny dowód tego, jak ważna we współpracy międzynarodowej jest rozbudowana sieć. Okazało się bowiem, że siłą koordynatorów projektów, którzy mają szerokie relacje z innymi i na ich bazie tworzą projekty, są ich kompetencje społeczne rozumiane jako m.in. komunikatywność, umiejętność nawiązywania i podtrzymywania kontaktów, tworzenia rozległych sieci współpracy. W ich przypadku pandemia miała niewielki wpływ na prowadzone projekty, co więcej: na przykładzie tych projektów można wnioskować, że program Erasmus+ może być antidotum na dotykające świat kryzysy.

– Sieci mają moc…

– Właśnie. Dochodzimy do tego samego, co kilkadziesiąt lat temu odkrył sektor prywatny. To tam się okazało, że firmy działające według zasady rozproszonych sieci, w których poszczególni partnerzy uzupełniają się swoimi kompetencjami i doświadczeniami, mają przewagę na konkurencyjnym rynku nad firmami funkcjonującymi w sposób hierarchiczny i scentralizowany.

– Wracając do programu Erasmus+. Czy nie jest tak, że przetrwały projekty tworzone przez najlepszych koordynatorów, którym nietrudno jest, z racji ich merytorycznej wiedzy czy doświadczenia, znaleźć partnerów do współpracy?

– Bardzo dokładnie badałem kompetencje liderów projektów i mogę z całą pewnością stwierdzić, że wszyscy mieli bardzo podobne kompetencje cyfrowe, kognitywne, zarządcze… Natomiast różniło ich zaangażowanie. Przetrwali najmocniej zaangażowani, ci, którzy potrafią podtrzymywać relacje i opierać współpracę na szerokiej sieci kontaktów.

– Jak według Pana będzie się zmieniać umiędzynarodowienie szkolnictwa wyższego po pandemii?

– Myślę, że pandemia i miesiące funkcjonowania na odległość – pracy prowadzonej zdalnie, nauki zdalnej, relacji zdalnych – pozwolą nam odzyskać równowagę między realnym a wirtualnym. Dotyczy to także mobilności. Bo dzisiaj widać już wyraźnie, że umiędzynarodowienie realizuje się nie tylko w fizycznej mobilności, ale część działań w projektach może być prowadzona online. I oczywiście nie przeczę, że bezpośrednie kontakty są potrzebne, ale uważam, że pandemia nauczyła nas wykorzystywać nowoczesne technologie do zadań, które nie wymagają takich bezpośrednich spotkań. Zatem właściwym podejściem w umiędzynarodowieniu staje się balans i łączenie mobilności fizycznej z wirtualną – trendem dominującym jest blended learning. I choć sektor szkolnictwa wyższego z reguły nie lubi, gdy się sięga po przykłady ze szkolnictwa ogólnego, to mimo wszystko warto się przyjrzeć np. elektronicznej współpracy szkół prowadzonej już prawie 20 lat w ramach programu e-Twinning. Dzięki tej – prowadzonej wyłącznie wirtualnie – współpracy powstały niesamowite zasoby dydaktyczne, z których korzystają nauczyciele, nieustannie je wzbogacając, poprawiając czy uzupełniając o nowe pomysły. Podobnie w zakresie udoskonalania dydaktyki mogłyby współpracować uczelnie. Bo choć nic nie zastąpi kontaktu mentora, profesora ze studentami, pewne metody, pomysły, narzędzia można byłoby opracowywać w ramach prowadzonej zdalnie współpracy międzynarodowej. Dobry przykład stanowi tu Politechnika Łódzka, która wraz z międzynarodowymi partnerami i firmą Siemens opracowuje obecnie projekt wirtualnego laboratorium do szkolenia studentów z zakresu mechatroniki. I o takich pomysłach na wzbogacanie mobilności fizycznej powinniśmy myśleć po pandemii.

– Szkolnictwo wyższe nadal będzie dążyć do umiędzynarodowienia?

– Ja nie widzę zagrożeń dla internacjonalizacji uniwersytetów. Oczywiście w kontekście pandemii pojawił się strach o to, że studenci, mogąc kształcić się zdalnie, uciekną zbiorowo na najlepsze uniwersytety świata, bo koszt studiowania tam może się okazać porównywalny z kosztami studiów stacjonarnych z uwzględnieniem kosztów życia (akademik/stancja, wyżywienie itp.). Jednak w świetle badań i poważnych publikacji, które ukazały się w ostatnim czasie, takie wnioski nie dają się obronić.

– To znaczy?

– Na podstawie tych raportów uniwersytety przyszłości – rozumianej jako czas realizujący się już teraz – powinny cechować cztery główne tendencje. Uczelnie powinny opierać kształcenie na kompetencjach 4.0; powinny uelastycznić programy studiów tak, by to studenci mogli wybierać sobie zajęcia zgodnie z własną koncepcją rozwoju; studia powinny wpisywać się w trend lifelong learning, czyli brać na siebie rolę szybkiego dokształcania pracowników; a wreszcie, co jest najważniejsze – uniwersytety przyszłości muszą funkcjonować w sieci, bo im silniejsza jest sieć, tym odporniejsza się okazuje wobec kryzysu. I w praktyce odpowiedź na te wyzwania stanowią uniwersytety europejskie, pod warunkiem jednak, że ta idea się w pełni ucieleśni, czyli że student jednej uczelni będzie mógł się naprawdę poczuć studentem wszystkich pozostałych uczelni znajdujących się w danej sieci – będzie mógł korzystać z ich zasobów, będzie mógł zgodnie z własnym pomysłem na swój rozwój decydować, kiedy jechać na inną uczelnię, by zrealizować tam zajęcia, jakie go interesują, czy włączyć się w prowadzone tam projekty, itp. Reasumując: przyszłością umiędzynarodowienia szkolnictwa wyższego są sieci i łączenie mobilności fizycznej z wirtualną.

– Czy zatem wyjazdy na pełny tok studiów na uczelnię zagraniczną to już przeszłość umiędzynarodowienia?

– Zdecydowanie tak, przede wszystkim dlatego, że one kłócą się z ideą usieciowienia uczelni. W tym kontekście definiowanie umiędzynarodowienia przez liczby studentów zagranicznych, którzy realizują pełny program studiów na jednej uczelni, to nieporozumienie.

– Dlaczego?

– Taki student, który na pięć lat trafia do innego kraju, by się tam kształcić, odcina się od swojej społeczności i de facto zaczyna funkcjonować w innym ekosystemie, zamyka się w bańce. Korzysta z zasobów tylko jednego miejsca i nawet jeśli jest to superuczelnia, to studiowanie na niej przez kilka lat nie sprzyja rozwojowi, jakiego wymaga współczesny świat. Bo dzisiaj chodzi o otwarcie się na różne doświadczenia, na różne możliwości, na wiele kontaktów z osobami reprezentującymi zarówno różne dziedziny nauki (interdyscyplinarność), jak i różne punkty widzenia (wynikające z ich doświadczeń, ale i ich kultury, ich mentalności, ich podejścia do rozwiązywania problemów). To buduje kompetencje 4.0, czyli przede wszystkim szeroko pojęte kompetencje komunikacyjne (nie tylko językowe, ale i kulturowe, i interdyscyplinarne), umiejętność zorganizowania sobie życia i pracy w wielokulturowym środowisku, nawiązanie kontaktów i budowanie swojej sieci współpracy, gromadzenie mikrodoświadczeń. Stąd przyszłością umiędzynarodowienia są mobilności krótkoterminowe, takie jakie oferuje m.in. program Erasmus+.

– Jaki zatem jest potencjał rozwojowy programu Erasmus+?

– Zacznę od pewnego zagrożenia – wśród studentów zwłaszcza z krajów postsowieckich, obserwowany jest trend, zgodnie z którym atrakcyjniejsze od mobilności zagranicznej jest dziś podjęcie pracy w zawodzie. I to automatycznie eliminuje ich z mobilności. Ale tu znów wracamy do idei uniwersytetów europejskich, uczelniane sieci mogą być bowiem odpowiedzią na ten trend, oferując różnorodne zasoby, różnorodną i atrakcyjną przez to ofertę, bogactwo doświadczeń cennych dla indywidualnego rozwoju studentów. A przecież program Erasmus+ sieciami stoi – on pomaga wypełnić ideę uniwersytetów europejskich treścią, bo to studenci i pracownicy naukowi czy dydaktyczni, realizując projekty, nawiązują osobiste sieci kontaktów i współpracy, tworzą żywą formę współpracy.

– W tym roku program Erasmus+ w Europie będzie świętował swoje 35-lecie, a w Polsce zbliża się jubileusz 25-lecia programu. Jak chciałby Pan, by się rozwijał Erasmus+?

– Życzyłbym sobie, by ten program, który wszak jest jednym z największych sukcesów Unii Europejskiej w obszarze edukacji, dalej się rozwijał i stanowił wsparcie dla idei uniwersytetów europejskich. By sieci uczelni rosły – i by polskie uczelnie coraz śmielej i liczniej włączały się w te sieci, także jako koordynatorzy. Marzy mi się co najmniej kilkadziesiąt, a nie kilkanaście uczelni polskich aktywnie angażujących się w sieciach uniwersyteckich. Bo tylko tak możliwe będzie zbudowanie platformy rozwoju dla tych młodych ludzi, którzy będą chcieli się wpisać w zachodzące zmiany społeczno-gospodarczo-polityczne i zaistnieć w świecie przemysłu 4.0, a za chwilę – 5.0.

– Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Magda Tytuła

© 2022 Perspektywy.pl   O nas | Polityka Prywatności | Znak jakości | Reklama | Kontakt!!!